Kilka dni temu Sąd Najwyższy – Sąd Dyscyplinarny uznał winę (choć nieumyślną) sędziego wizytatora, który będąc ojcem kandydata na urząd, nie wyłączył się z konkursu, w którym startował syn. Winą obciążył też prezesa, który zlecił wizytatorowi udział w postępowaniu nominacyjnym. Nie pomogły tłumaczenia obwinionych, że jeszcze kilka lat temu w wielu sądach taki był zwyczaj, zły, jak się okazało.

Pełnomocnicy obwinionych przywoływali przykład okręgu lubelskiego. Podobno w całym kraju były tysiące konkursów, w których po obu stronach: oceniający i wybierający oraz oceniany i wybierany, stali członkowie najbliższej rodziny. Kiedy sprawa wyszła na jaw, Krajowa Rada Sądownictwa powiedziała: dość. Przypomniała sędziom w specjalnym stanowisku, że udział w głosowaniu nad kandydaturą członka najbliższej rodziny w kolegium sądu opiniującego kandydatów na urząd lub wolne stanowisko oraz sporządzeniu oceny kwalifikacyjnej jego kontrkandydatów stanowi naruszenie zasad etycznego zachowania.

Dwa lata później problem dostrzegł minister sprawiedliwości. Przygotował przepisy, w których zabronił sędziom zabierać głos w sprawach swoich najbliższych. Te weszły w życie pod koniec 2014 r. Z jednej więc strony powinniśmy się cieszyć, że to, co niedopowiedziane, stało się jasne i żaden sędzia nie będzie już mógł powoływać się na zły zwyczaj. Z drugiej strony zawód sędziego należy do pokoleniowych, tak jak lekarzy, adwokatów. Trudno zabronić dzieciom, by szły w ślady rodziców. Często to zresztą bardzo zdolni młodzi ludzie. Problem w tym, żeby rodzice wspierali ich merytorycznie w domu, a nie w głosowaniu. Nawet jeśli wszystko odbywa się w zgodzie z prawdą, to niesmak pozostaje. Już samo sugerowanie, że taki „zaopiekowany" kandydat wygrał konkurs, bo musiał, jest krzywdzące, i to nie tylko dla kandydata na urząd, ale i całego wymiaru sprawiedliwości.