Przyszliśmy we dwóch – tzn. Donnie i ja. Nie, żeby przyciągnęła nas witryna sklepu – „Rękodzieło inuickie”. Bo ani nie wiemy, co to inuickie, ani nie kręcą nas witryny z nabazgranymi na drewnie hasłami. Tandeta. Ale znamy się na rękodziele. Oj, znamy się. W zasadzie to nasz fach.
Przyszliśmy, bo wiemy, na czym można zarobić. A ten sklepik, mimo że dziwaczny, pachniał forsą już na odległość.
Za ladą stoi jakiś gość. Rysy dziwne, jakby nie nasze, nowojorskie. A za nim na półkach jakieś woreczki, kryształy, proszki, cholera wie co. Ale ceny robią wrażenie.
– Hej – mówię – z właścicielem byśmy pogadali. A on na to, że to on.