Przed tygodniem pisałem w tym miejscu o nieuchronności wojny kulturowej. Trudno nie wspomnieć w tym kontekście o przyczynie, dla której konserwatyści znajdują się w tym starciu najczęściej w defensywie. Tam im jest po prostu wygodniej.

Podręcznik do przedmiotu o wszechobejmującej nazwie „historia i teraźniejszość” nie powstał po to, by kogokolwiek zindoktrynować, wpoić młodym ludziom jakąś nową – alternatywną w stosunku do posiadanej przez nich wcześniej – wizję świata. I na tym polega mój największy zarzut wobec tej publikacji. Jej autorzy musieli przecież zdawać sobie sprawę, tak mniej więcej, na jakim świecie żyją. W obszarze ich zainteresowań znajduje się wszak nie tylko historia, ale i teraźniejszość.

Wiedzą więc na pewno, że adresują swój podręcznik do znajdującej się w przygniatającej większości na dopaminowym haju social mediów grupy docelowej. Wiedzą, że z zasady nie czyta się w niej zbyt wiele dłuższych tekstów. A ponieważ mają do czynienia z uczniami czy studentami, to kojarzą też, że jeżeli do jakiegoś źródła wiedzy o świecie współczesnym podchodzi się z powagą i zaufaniem, to raczej nie do tego zawartego w podręcznikach. Podjęli więc z politycznego punktu widzenia najrozsądniejszą decyzję. Napisali książkę dla ich rodziców i dziadków.

Czytaj więcej

Roszkowski, Czarnek i podręcznik, który manipuluje przeszłością

Nie chodzi o to, by mieli oni podręcznik do HiT-u przeczytać. Wystarczy, że zetkną się w mediach z co bardziej mięsistymi jego fragmentami. I żeby ci, którzy mieli się oburzyć, wpadli w oburzenie, a obrońcy ustawili się w zwartym szeregu. I pod tym względem operacja „historia i teraźniejszość” zakończyła się pełnym sukcesem. Polityczny cel ministra Czarnka został zrealizowany – objawił się on, zarówno swoim wrogom, jak i zwolennikom – jako frontman wojny kulturowej.

Tyle że – posługując się historyczną analogią – jest to dziwna wojna. Wchodzi się w niej do okopów, ale tylko po to, by wygodnie się w nich rozsiąść. Zagrzewa się wojska do boju, który nigdy się nie odbędzie. Morale rośnie, ordery zapełniają pierś, a króliczek hasa spokojnie po ziemi niczyjej. Ale przecież nie chodzi o to, by go złapać, tylko gonić.