Zacznijmy od stwierdzeń oczywistych: wszędzie tam, gdzie u władzy są mężczyźni, polityka jest prowadzona w bardziej przyjazny sposób, a rządy są uczciwsze i bardziej tolerancyjne. Ponadto, właśnie „brzydka płeć” jest obdarzona większą dawką empatii, co przekłada się na lepiej koordynowaną pracę społeczną i chociażby z tego względu powinniśmy zadbać o jeszcze większą obecność mężczyzn w polityce, a szczególnie we władzy wykonawczej.

Stop! Takie stwierdzenia mogłyby być oczywiste, ale tylko w gronie zatwardziałych mizoginów i głupców po prostu. A jeśli tak, to dlaczego są powszechnie akceptowane, jeśli dotyczą kobiet? Bo przecież powyższe tezy nikogo nie rażą – pod warunkiem, że wypowiadane są przez feministki i dotyczą płci żeńskiej. Być może zgoda na to jest jedną z przyczyn, dla których liberałowie mają takie kłopoty – bo poddali się oni zupełnie lewicowej agendzie i stracili szansę na mówienie własnym głosem.

Przez dekady zarówno lewica, jak i liberałowie ramię w ramię walczyli o prawa grup dyskryminowanych – kobiet, homoseksualistów, mniejszości narodowych i religijnych czy (za Atlantykiem) ludności afroamerykańskiej. W większości państw zachodnich zakończyło się to sukcesem i dziś wszystkie te grupy mogą cieszyć się pełnią praw. To wielka zasługa zarówno lewicy, jak i liberałów.

Ale od pewnego czasu – po zapewnieniu owych praw – drogi obu środowisk politycznych powinny były zacząć się rozchodzić, choćby ze względu na to, że tym, co różni lewicowców od liberałów, jest fakt, że ci pierwsi myślą w kategoriach emancypacji grup, a ci drudzy – jednostek. Co więcej, lewica chce dla nich nie tylko równości, ale także przywilejów – co z perspektywy myślicieli liberalnych jest już przekroczeniem ram ideowych i „dziurawieniem” ich siatki pojęciowej.

Wydaje się, że politycy liberalni nieco bezrefleksyjnie podążyli za lewicowcami we wprowadzaniu agendy politycznej, która już nie była ich; rozszerzała wolności i przywileje grup niegdyś dyskryminowanych, ale od pewnego czasu cieszących się pełnymi prawami. Czasami działo się to ze szkodą dla wolności jednostek.

Klasycznym tego przykładem jest feminizm polityczny, czyli przywileje dla kobiet w działalności publicznej, ze szczególnym uwzględnieniem partyjnych parytetów. W państwach demokratycznych standardem stało się, iż miejsce na listach wyborczych jest regulowane przez ów parytet, co często dzieje się z krzywdą dla ambitnych i kompetentnych kandydatów, którzy mają tę wadę, że są mężczyznami. Potwierdzi to każdy, kto choć chwilę uprawiał realną politykę. Trzeba na siłę szukać kandydatek, które mają mniejsze kompetencje niż ich męscy odpowiednicy.

Dzieje się tak również w konstruowaniu składów dyskusji, paneli czy debat. Ich gospodarze panicznie poszukują kobiet, by nikt im nie zarzucił mizoginizmu. Mamy kilkanaście dyżurnych komentatorek, z których tylko kilka ma coś ciekawego do powiedzenia, a pozostałe zapraszane są tylko dlatego, żeby nikt nie mógł skarżyć się na to, że w debacie bierze udział tylko „kilku smutnych panów”. Obniża to ogólny poziom tego typu spotkań – ze szkodą dla widzów i słuchaczy, a z zyskiem dla kilkudziesięciu (w skali kraju) pań. Ostatnio jedna z nich (rzadko widywana w telewizji) skarżyła się na jednym z portali społecznościowych, że choć Kongres Ekonomiczny w Katowicach był ciekawy, to zauważyła w nim za mały procentowy udział kobiet. Nic nie wspominała o poziomie debat czy o jakości dyskusji.

To niebezpieczny trend. Bo prowokuje pytanie: dlaczego tylko do układania list zastosowanie miałby mieć parytet? A inne dziedziny? Np. zatrudnianie na uniwersytetach, w redakcjach, szpitalach, urzędach, szkołach? Jeśli równowaga płciowa ma obowiązywać w studiach telewizyjnych i w parlamentach, to dlaczego nie w innych ważnych instytucjach? I dlaczego tylko miałaby uwzględniać dwie płcie? Czy – zgodnie z tym paradygmatem – również osoby transpłciowe nie powinny mieć parytetów? A co z orientacjami seksualnymi? Czy i tu nie warto byłoby zapewnić udziału osób poszczególnych orientacji w zarządach spółek Skarbu Państwa czy zakładach pracy w procencie odpowiadającym temu, jak często występują w populacji?

Wygląda to na kpiny, ale tym nie jest. Bo przeszliśmy od szlachetnej walki o prawa kobiet (we wszystkich wymiarach) do zapewniania im przywilejów. Czyli odbyliśmy drogę od boju o wolności indywidualne do petryfikowania interesów grupowych. To nic złego w odniesieniu do grup poszkodowanych – upośledzonych zdrowotnie, życiowo, unieszczęśliwionych nie z własnej winy. W ich przypadku państwo musi działać. Ale to nie odnosi się do kobiet – nie są gorsze czy upośledzone.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

I tu właśnie drogi liberałów i lewicowców powinny się rozejść. Od tych drugich nie można oczekiwać, że zrezygnują ze swojej agendy – byłoby to nawet niezrozumiałe. Ale ci pierwsi muszą zrozumieć, że ich polityczne kłopoty biorą się także z tego, że trzymają dziarsko drzewiec, na którym trzepoczą nie ich hasła. Ofiarami parytetów politycznych (czy szerzej – publicznych) są setki tysięcy mężczyzn, którzy nie mogą znaleźć swoich miejsc tylko dlatego, że zajęły je kobiety. Ale to tylko ofiary bezpośrednie (zresztą słowo „ofiary” brzmi nieco pociesznie – jakoś sobie chłopcy poradzą) – tymi, którzy ponoszą koszt tej permisywnej operacji społecznej, jesteśmy my wszyscy, obywatele państw demokratycznych. Bo dostajemy gorszych polityków/polityczki i gorszych analityków/analityczki życia społecznego czy gospodarczego. Za tę polityczną poprawność płacimy zajęciem miejsca przez osoby mniej kompetentne – tylko dlatego, że spełniają kryterium płciowe.

Piszę to po doświadczeniach polskich ostatnich lat. Bardzo często to kobiety przyczyniały się do zgorszenia publicznego, a ich zachowania nie odbiegały od haniebnych zachowań wielu mężczyzn. Panie Pawłowicz i Pawłowska są tego dobitnym przykładem (w zeszłym tygodniu posłanka Ścigaj dołączyła do tego grona). Oczywiście, ktoś mógłby przywołać przykłady premierek Szwecji czy Finlandii, ale taka wyliczanka nie ma sensu (bo zawsze można odpowiedzieć przykładami pań Le Pen czy Thatcher). Zachodzi tu zresztą typowy błąd logiczny – jak z przekonaniem, że pojawienie się strażaków zwiastuje pożar: to nie dlatego w Finlandii czy Szwecji fajnie się żyje, bo rządzą tam kobiety, ale to dlatego kobiety są tam premierkami, bo to fajne kraje.

Krytyka feminizmu ze strony konserwatywnej jest miałka i de facto seksistowska. „Argumenty”, iż miejsce kobiet jest w domu, a konkretnie w kuchni, że ich zadaniem jest rodzenie dzieci, że są mniej inteligentne niż mężczyźni, nie zasługują ani na szacunek, ani nawet na poważne potraktowanie. Natomiast ciekawa krytyka feminizmu politycznego mogłaby wyjść ze strony liberałów. Tylko musiałaby opierać się na obronie praw jednostki przed uzurpacją coraz bardziej uprzywilejowywanych grup, a także uwzględniać tzw. common sense (zdrowy rozsądek). Mogłoby się okazać, że zwolenników takiego podejścia jest więcej, niż się to zastraszonym obecnie liberalnym liderom opinii wydaje. Obecnie żyją oni w strachu przed zmiażdżeniem przez populistyczną prawicę, choć ich egzystencjalnym zagrożeniem jest także kolektywistyczna lewica. Uświadomienie sobie tej sytuacji mogłoby nie tylko pomóc partiom liberalnym w odzyskaniu utraconych wyborców, ale także dać nam wszystkim nieco więcej wolności i sensu w życiu społecznym. Nie jest to mało.

Autor jest politologiem, prof. UŚ