Problemów na głowie mamy mnóstwo, zaczynając od wojny z wirusem, a kończąc na tej z Putinem. Jest też wojna o ochronę środowiska, inflację, hipoteki, informatyzację, podatki i emerytury. Problem w tym, że dyskusje polityczne są zazwyczaj o czymś innym. U nas jedni rozwodzą się nad grzechami Tuska, a inni nad grzechami Kaczyńskiego. W międzyczasie sporo uwagi media poświęcają znanemu wokaliście, bo podobno jego głos w Sejmie przesądzi o Pegasusie. W Wielkiej Brytanii największym tematem są huczne imprezy w siedzibie premiera, choć on sam tłumaczy, że jego ludzie muszą się czegoś napić po ciężkiej walce z Covid-19, Putinem i smogiem. Holandia walkę z wirusem prowadziła bez rządu, bo ktoś w pociągu zostawił notatki z obrad politycznych, które pokazały, jak politycy knują i szczują. We Włoszech tematem są partyjne podchody związane z wyborem prezydenta republiki, a nie rekordowa liczba zgonów związanych z pandemią czy kryzys energetyczny.

Wygląda na to, że czym więcej mamy problemów rzeczywistych, tym bardziej polityka koncentruje się na sprawach symbolicznych. Zamiast rozmawiać o przyszłości, rozpętujemy wojny historyczne. Zamiast rozmawiać o klimacie, służbie zdrowia czy bezpieczeństwie cybernetycznym, koncentrujemy się na kaprysach poszczególnych posłów. Nic więc dziwnego, że mamy dosyć polityki, choć trudno nam się od niej oderwać.

Za współczesne bolączki polityki winimy zazwyczaj jej głównych aktorów. Jedni klną na populistów, a inni na liberałów. Czasami wrzucamy temat konstytucji, systemu partyjnego czy ordynacji wyborczej. Współczesne media też są pod obstrzałem.

Mnie się jednak wydaje, że problem jest dużo głębszy i dotyczy istoty systemów demokratycznych. Polityka szuka problemów zastępczych, bo tych prawdziwych demokracja nie jest w stanie rozwiązać. Pytanie dlaczego.

Po pierwsze, demokracja funkcjonuje w granicach państwa narodowego, zaś większość wymienionych problemów wymaga działań przekraczających granice. Po drugie, demokracja jest zakładnikiem wyborcy dzisiejszego i w związku z tym jest egoistyczna w przestrzeni i czasie. Państwo głównie dba o swoich, a nie innych obywateli, zaś generacje przyszłych obywateli się nie liczą, bez względu na ich paszport.

Receptą na te bolączki było przesuwanie decyzji do organów niepochodzących z wyboru: banków centralnych, sądów konstytucyjnych, agencji regulacyjnych, instytucji międzynarodowych. Nie można jednak mylić technokracji z demokracją. Ta druga zakłada, że suwerenem jest obywatel, a nie bankier, sędzia lub unijny komisarz. Jeśli chcemy wyjść z obecnego impasu, to musimy zaoferować obywatelom więcej, a nie mniej demokracji. Pytanie, jak zapewnić demokratyczne prawa przyszłym pokoleniom oraz rozszerzyć terytorialny zasięg demokracji. Brak pomysłów sprawia, że rozmawiamy o sprawach błahych. Tylko czy znany wokalista z Sejmu zapewni naszym dzieciom przyszłość?

Autor jest profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordzie