W wigilię Bożego Narodzenia nasza babcia brała swoje wnuki do okien, by wspólnie czekać na pierwszą gwiazdkę zwiastującą przyjście na świat Chrystusa. Dla nas, dzieci, był to wieczór marzeń i nadziei. Wiązały się one głównie z tym, co znajdziemy pod choinką. Czy Aniołek przyniesie nam wymarzony prezent czy rózgę? Na szczęście Aniołek był wyrozumiały i hojny pomimo wcześniejszych ostrzeżeń rodziców. Potem dzieliliśmy się opłatkiem i wszyscy byliśmy jedną szczęśliwą rodziną, choć w ciągu roku bywało to różnie.

Minęło sześć dekad. Babci i ojca już nie ma. Nawet karpie nie pływają w wannie. Marzenia przychodzą jednak do głowy w noc wigilijną. Jedni marzą, by ten straszny wirus zostawił nas wreszcie w spokoju. Inni by chcieli, by ten straszny rząd wreszcie sobie poszedł. Jeszcze inni marzą, by Polskę omijały takie nieszczęścia, jak aborcjonizm, eutanazjonizm, sanitaryzm, ekologizm, imigracjonizm, neomarksizm i ideologia LGBT. Są tacy, co marzą o wyprawie na Księżyc, inni zaś marzą, jak tu ukraść Księżyc, podobnie jak Jacek i Placek.

Mnie się marzy, by Polacy wspólnie usiedli do stołu tak jak rodzina w mojej młodości. Moja rodzina, jak większość innych, była pełna żalów, kłótni, zdrady, dąsów i zazdrości. Jednak na Wigilię wszyscy się stawiali, wspólnie śpiewali kolędy i dzielili się opłatkiem. Przynajmniej na jeden wieczór sobie odpuszczali, czasem nawet sobie wybaczali przy okazji składania świątecznych życzeń. Wyobraźcie sobie, że za jednym stołem wigilijnym siedzą pisowcy i antypisowcy, zaszczepieni i antyszczepionkowcy, prawdziwi patrioci i Europejczycy polskiego pochodzenia, postkomuniści i antykomuniści, czytelnicy „Gazety Wyborczej" i „Gazety Polskiej", obrońcy kobiet i obrońcy nienarodzonych, homo i hetero, nawet swoi i obcy. Wyobraźcie sobie, że żadna z tych stron wzajemnie się nie wyzywa, lecz słucha, rozmawia, obdarza szacunkiem. Wyobraźcie sobie, że wspólna kolęda czy opłatek nie są postrzegane jako objaw hipokryzji czy zdrady. Wyobraźcie sobie, że po tej kolacji wzajemny żal i nienawiść ustąpia miejsca porozumieniu, przynajmniej w takiej kwestii jak bezpieczeństwo i dobre imię Polski.

W noc wiligijną mieliśmy też w zwyczaju zostawiać jeden talerz pusty dla niespodziewanych gości. Marzy mi się zatem, żeby taki gość wreszcie do nas przyszedł. Nie będzie to pewnie biblijny Samarytanin, lecz iracki uchodźca. Nie jestem pewny, czy mu będą smakować karp w galarecie i kluski z makiem. Wiem jednak, że uchodźcom należy się ciepło rodzinne bez względu na religię, rasę, paszport i klasę społeczną. Aż strach pomyśleć, że szacunek dla praw człowieka jest znów tylko marzeniem w Polsce.

Powiecie, że jestem naiwniak. Jednak Wigilia bez nadziei na lepsze jutro nie ma sensu. Jak kiedyś powiedział polski papież: „Gdyby nie nadzieja, cóż warte byłoby nasze życie?". W piątek wieczorem, jak dawniej, będę czekał na pierwszą gwiazdkę.

Autor jest profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordzie