Puste miejsce przy wigilijnym stole dla obcego, dla pielgrzyma albo uchodźcy weszło do tradycji nie z przepisu liturgii, nie z nakazu Kościoła, ale z potrzeby serc. Opowiadano o świętych wędrowcach, którzy niespodziewanie zjawiali się na wigilii dobrych ludzi, układano legendy, dawano za przykład dzieciom, śpiewano pastorałki. I oto nagle państwo odprawiające przy byle okazji katolicką celebrę wprowadza zupełnie inną religię, jakieś plemienne bałwochwalstwo, które tylko swoich uznaje za istoty ludzkie, a obcych pozwala bić, wypychać za druty kolczaste, skazywać na konanie w mroźnym lesie. Mamy zapomnieć o pustym miejscu przy stole czekającym na zmęczonego wędrowca, mamy zapomnieć o tym, że Chrystus mówi w Ewangelii św. Mateusza: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”.

Siepacze Łukaszenki wykorzystują stumanionych Irakijczyków czy Syryjczyków, jak kiedyś barbarzyńcy wysyłali jeńców jako żywe tarcze. Ale cudze zbydlęcenie nie oznacza zgody na naszą degradację. Granicy trzeba bronić, ale dlaczego mała Litwa potrafi to robić po ludzku, nie boi się obecności Frontexu i dziennikarzy? Złapanych uchodźców nie wypycha do lasu, tylko zamyka w strzeżonych ośrodkach, pozwala złożyć wnioski o azyl, potem i tak deportuje do krajów pochodzenia. A może nasze władze tak się boją niepowołanych oczu dlatego, że po przygranicznej ziemi krążą bandy kiboli i nacjonalistów, aby bić uchodźców i niszczyć samochody osób usiłujących pomagać? Może chronią ją przed ludzkim wzrokiem, żeby policja z długą bronią – z jaką wyrusza się po groźnych bandytów – mogła przez całą noc przesłuchiwać grupę pomocy wysłaną przez warszawski Klub Inteligencji Katolickiej?

Może… Kiedy w stanie wojennym ZOMO i SB podobnie nachodziły miejsca, gdzie rozdzielano pomoc, sypały się gromy z ambon. Dziś Episkopat milczy. Do tego prowadzi sojusz tronu i ołtarza.