Do tej port zakładano, że Władimir Putin jest realistą. A jeśli tak, to musi wiedzieć, że warunki, jakie przedstawiła Moskwa w zamian za rezygnację z inwazji Ukrainy, są dla NATO nie do zaakceptowania. Oznaczałyby przecież kapitulację sojuszu, którego członkowie wydają na obronę osiemnaście razy więcej, niż Rosja. Czy więc chodzi o prowokację, która jak przed uderzeniem na Gruzję w 2008 r. i Ukrainę w 2014 r. ma dać Kremlowi pretekst do rozpoczęcia kolejnej agresji?

Aby nie ułatwić Putinowi wprowadzenia w życie jego ponurych planów, zarówno Biały Dom, jak i sekretarz generalny NATO nie odrzucili na starcie możliwości podjęcia rozmów z Moskwą. Od razu jednak zastrzegli, że nie wyrażą zgody na podstawowe postulaty Rosjan, w tym zobowiązanie, że Ukraina nigdy nie znajdzie się w Sojuszu Atlantyckim.

Czytaj więcej

Rosja wysłała strategiczne bombowce Tu-22M3 do patrolowania granicy polsko-białoruskiej

Warunki, jakie przedstawił zastępca szefa rosyjskiej dyplomacji Sergiej Riabkow idą jednak znacznie dalej. Gdyby poważnie je potraktować, NATO nie mogłoby bez zgody Rosji rozmieścić wojsk alianckich w krajach, które zostały zaproszone do paktu na szczycie w Madrycie w 1997 r. (Polska, Czechy, Węgry) i tych, które znalazły się tu później. Kreml domaga się też, aby Waszyngton wycofał z państw natowskich wszystkie pociski, które mogą dosięgnąć rosyjskiego terytorium. To stawiałoby pod znakiem zapytania przyszłość amerykańskiej bazy w Redzikowie, która ma w przyszłym roku być w pełni operacyjna. Moskwa chce, aby tak USA jak i Rosja zobowiązały się do umieszczenia rakiet jądrowych tylko na swoim terytorium. Stąd prosta droga do "oddzielenia” (“decoupling”) bezpieczeństwa Ameryki i Europy: gdyby Kreml chciał szantażować taktyczną bronią atomową kraje naszego kontynentu, Waszyngton stanąłby przed wyborem użycia transkontynentalnych pocisków jądrowych za cenę ryzyka całkowitego zniszczenia Stanów przez rosyjski odwet lub porzucenia swoich aliantów. Pokusa tego drugiego byłaby bardzo duża. Aby do niej nie dopuścić Ameryka nawet u szczytu Zimnej Wojny na coś takiego nie poszła, a rozmieszczenie w zachodnich Niemczech przez Ronalda Reagana na początku lat osiemdziesiątych rakiet atomowych średniego zasięgu typu Pershing w odpowiedzi na pojawienie się podobnych pocisków w zachodniej części ZSRR było finałowym akordem wyścigu zbrojeń, który Moskwa przegrała.

I tego Rosjanom jednak mało. Chcą, aby NATO wycofało się ze wszelkiego wsparcia wojskowego dla Ukrainy i innych krajów byłego ZSRR. Domagają się też, aby sojusz nie prowadził ćwiczeń wojskowych w Europie Środkowo-wschodniej, chyba, że w uzgodnionej z Moskwą skali. I aby jego okręty na Morzu Czarnym i na Bałtyku pozostały w dużej odległości do rosyjskich jednostek.

Taki plan jest czystą fantazją także dlatego, że Kreml od lat łamie wszystkie warunki, jakie chce narzucić NATO. Optymistyczna interpretacja mogłaby podpowiadać, że to zagranie taktyczne: próba wywindowania tak wysoko punktu wyjście negocjacji, aby było “z czego schodzić” uzyskując na koniec sporo. Znacznie bardziej prawdopodobne jest jednak to, że Putin wysyła sygnał do podjęcia decydującej rozgrywki o podział stref w Europie Środkowej. Najwyraźniej chce pokazać, że chodzi o coś znacznie więcej, niż wymuszenie zgody Zachodu na Nord Stream 2.

Czytaj więcej

Rosja wejdzie w „reżim przeciwdziałania zagrożeniom”, jeśli NATO odmówi gwarancji bezpieczeństwa

Być może Rosjanin doszedł do wniosku, że skoncentrowany na rywalizacji z Chinami Joe Biden, który niedawno firmował upokarzającą ewakuację z Afganistanu, jest dziś tak słaby, iż pójdzie na ustępstwa. To byłby jednak fundamentalny błąd w rosyjskiej kalkulacji, który może łatwo doprowadzić do wymknięcia się ukraińskiego kryzysu spod kontroli. Chyba, że Putin już przesądził o inwazji i chce tylko pokazać, że z Zachodem nie ma o czym więcej rozmawiać.