W poniedziałek w Wiedniu odbyła się ważna dla Białorusi konferencja, zorganizowana przez kanclerza Austrii Alexandra Schallenberga. Szefowie dyplomacji Polski, Niemiec, Austrii oraz unijny komisarz ds. rozszerzenia Oliver Varhelyi jednogłośnie zapewniali liderkę opozycji demokratycznej Swiatłanę Cichanouską, że zjednoczona Europa nie uzna w przyszłości Aleksandra Łukaszenki za prezydenta, nie zaprzestanie bronić więźniów politycznych i nie zgodzi się na status w relacjach z Mińskiem, jaki był przed wyborami prezydenckimi na Białorusi w 2020 roku.

Tuż po konferencji do Cichanouskiej zadzwoniła Angela Merkel. Przekonywała, że dwie rozmowy telefoniczne z Łukaszenką, które odbyła ostatnio w sprawie kryzysu na granicy polsko-białoruskiej, nie oznaczają uznania dyktatora. Utrzymywała, że Europa nie zmieni swojej polityki wobec Białorusi. A szef niemieckiego MSZ Heiko Maas zapowiedział, że białoruska opozycja demokratyczna zostanie dopuszczona do głosu w Partnerstwie Wschodnim, po tym jak na własne życzenie swoje członkostwo w inicjatywie zawiesił Mińsk.

Czytaj więcej

Łukaszenko: Będę rozmawiał z Cichanouską, gdy Putin usiądzie do stołu z Nawalnym

Początkowe założenia konferencji były inne. Nieoficjalnie wiadomo, że do udziału zapraszano nawet szefa białoruskiego MSZ Uładzimira Makieja. Na początku listopada Schallenberg mówił nawet o tym, że rozmawiać z reżimem w Mińsku nie powinno się wyłącznie poprzez sankcje. Wszystko po to, by znaleźć rozwiązania i „stworzyć warunki do dialogu". Jednak w międzyczasie doszło do gwałtownej eskalacji sytuacji na polsko-białoruskiej granicy. Temat wiedeńskiej konferencji, nawet w białoruskich niezależnych mediach, spadł na dalszy plan. Makiej odrzucił propozycję udziału, Mińsk nie wysłał tam nikogo, nawet sterowanych przez Łukaszenkę „ekspertów". Nie musieliby nawet przyjeżdżać, przez obostrzenia pandemiczne zorganizowano wideokonferencję. Nie wiadomo, czy to z powodu eskalacji na granicy, czy były też inne przyczyny, ale Łukaszenko odrzucił pierwszą tego typu propozycję Zachodu, która mogła zapoczątkować kruchy i nerwowy, ale dialog.

W lutym 2017 roku na łamach „Rzeczpospolitej" opisywaliśmy szczegóły niemal dwugodzinnej rozmowy Aleksandra Łukaszenki z redaktorem opozycyjnej gazety Iosifem Siaredziczem, która wówczas odbyła się w głównym mińskim pałacu urzędującego od 1994 roku przywódcy. Relacjonujący nam przebieg rozmowy Siaredzicz zdradzał, że Łukaszenko „bardzo pozytywnie i ze zrozumieniem" odniósł się do idei „okrągłego stołu" na Białorusi z udziałem opozycji, na wzór polskiego. – On bardzo dobrze rozumie, że jeżeli nadejdzie sytuacja, która będzie tego wymagała, będzie musiał podjąć taką decyzję – mówił wtedy Siaredzicz. Jego gazeta została zlikwidowana i musiała przenieść się do sieci po sierpniowych wyborach 2020 roku.

I wygląda na to, że Aleksander Łukaszenko uważa, że jeszcze nie czas na „okrągły stół" i ponad 880 więźniów politycznych, kilka ofiar śmiertelnych, zlikwidowanych mediów i zerwanych relacji z Zachodem do tego nie wystarczy. Aż strach pomyśleć, na co czeka.