Przed kilkoma dniami „Dziennik” opisał zeznania jednego z głównych świadków w sprawie mafii paliwowej. Ich lektura wstrząsnęła chyba każdym, który je przejrzał.

Można się było spodziewać, że sprawa mafii paliwowej pogrąży zastępy polskich polityków. Gdy jednak opinia publiczna uświadomiła sobie, że zeznania te złożone zostały dwa i pół roku temu, nasunęło się pytanie: Czemu tak długo nikt nie spróbował ich zweryfikować? Były niewiarygodne? A może prawda nikogo dziś nie interesuje?

Podobne wrażenie można było odnieść, kiedy zagraniczne media oburzały się, że polski premier stwierdził, iż miał ochotę zabić angielskiego sędziego piłkarskiego – gdy podyktował on rzut karny przeciwko Polsce. Na próżno było szukać w rodzimej prasie tytułów „Premier skompromitował Polskę”, „Wstyd na całą Europę” albo „Tusku, musisz przeprosić”.

Nikt niczego takiego nie napisał. Czyżby nagle polscy komentatorzy, tak bezwzględnie punktujący potknięcia poprzednika obecnego szefa rządu, odkryli w sobie nieznane dotąd pokłady poczucia humoru? A może – wyjątkowo – rodzimi opiniotwórcy zrozumieli, że sformułowanie „chciałem go zabić” nie oznacza groźby karalnej, lecz jest potocznym wyrażeniem irytacji czy rozczarowania?

Z obu tych przykładów płynie smutny wniosek: prawda i fakty nie znajdują się w centrum polskiego życia publicznego. Przez ostatnie pół roku – mimo sporych wysiłków minister Julii Pitery i komisji śledczych, ku niezadowoleniu dużej części elity – nie znaleziono dowodów, że poprzedni rząd stanowił zagrożenie dla demokracji.

Czy – wobec tego – ktoś odwołał setki stron bzdur o totalitaryzmie, brunatnych koszulach i tym podobnych? Nie, ponieważ teza, że PiS jest zagrożeniem dla demokracji, nie jest zdaniem, które można udowodnić lub obalić, lecz stanowi aksjomat dużej części elit. Prawda pełni rolę służebną: jeśli przydaje się do udowadniania obiegowych opinii – jest wykorzystywana, jeśli zaś opiniom tym zadaje kłam – spychana jest w cień.

W demokracji medialnej od faktów ważniejsze są interpretacje. Jeśli więc duża część autorytetów wystarczająco długo przekonuje społeczeństwo, że jest dobrze – wszyscy uwierzą, że jest dobrze, nawet gdyby było źle. I na odwrót – jeżeli zgodna opinia autorytetów mówi, że jest źle, tragicznie, potwornie – staje się to faktem, nawet jeśli z punktu widzenia zwykłego obywatela sytuacja się polepsza.

Kilka miesięcy temu wydawało mi się, że społeczeństwo jest jak złota rybka, która natychmiast po opłynięciu słoika zapomina, co widziała, i dalej zainteresowana pływa dookoła. Sądziłem, że to kwestia krótkotrwałości zbiorowej pamięci. Dziś jestem zdania, że nie chodzi o pamięć – pamięć tego, co było naprawdę, lecz o utrwalenie wśród społeczeństwa pewnej interpretacji zjawisk. Nieważne jest więc to, co w Polsce dzieje się naprawdę, lecz to, jak jest to wykładane przez opiniotwórców.

Dlatego zżymanie się na stronniczość mediów jest jałowe. Trzeba sobie uświadomić, że po krótkim okresie wróciliśmy do normalności – czyli sytuacji mistyfikowania rzeczywistości politycznej, która miała miejsce w najlepszych latach III RP. Obywatele nie muszą znać prawdy, społeczeństwo powinno wiedzieć, że jest dobrze, i nie powinno się mu zawracać głowy takimi szczegółami jak wpadki koalicji. Chodzi o to, aby wszyscy byli zajęci swoimi interesami, żyjąc w przekonaniu, że kraj idzie w dobrym kierunku pod rządami miłości. Skąd takie przekonanie? Jak twierdzą niektórzy publicyści – bo zmienił się styl rządzenia.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Zmiana stylu – to słowo klucz naszego politycznego zakłamania. Gdy okazuje się, że trudno znaleźć zbrodnie PiS, najważniejsza staje się kwestia zmiany stylu. Nikomu nie przeszkadza to, że oskarżenia rzucane jeszcze osiem miesięcy temu dotyczyły nie kultury i stylu, ale spraw fundamentalnych.

Dlatego sporo racji mają ci, którzy twierdzą, że mentalnie przenosimy się do najlepszych czasów III RP. W myśl jej nieoficjalnej doktryny (podobnie jak w myśli obecnej postpolityki) prawda nie jest istotną kategorią polityczną. Ważne jest kojenie narodowych kompleksów. Jeśli polityka zagraniczna sprowadzała na nas gniew Zachodu – lepiej poświęcić narodowe interesy, żeby Zachód nas znów polubił.

Obywatele nie muszą znać prawdy. Wszyscy powinni się zajmować swoimi interesami, żyjąc w przekonaniu, że nasz kraj idzie w dobrym kierunku

Czy w III RP mało było informacji o korupcji i aferach? Były, ale nie dopuszczaliśmy do siebie myśli – ani tym bardziej nie mówili o tym głośno opiniotwórcy – że oznacza to głęboki kryzys państwa. Docierało do nas wystarczająco wiele informacji o tym, że z państwem dzieje się naprawdę źle. Ale dopiero afera Rywina stała się wstrząsem, dzięki któremu Polacy zrozumieli, że cała „oficjalna wykładnia” zdarzeń jest tylko uzasadnieniem dla świętego spokoju tych, którzy korzystają na tej niejasnej sytuacji.

Jednak szybko po wyborach 2005 retoryka PiS spowodowała, że entuzjazm moralnego wstrząsu wywołany aferą Rywina zastąpiło przerażenie, iż tacy jesteśmy naprawdę. Że prawdziwa twarz Polaków może być twarzą łapówkarza, przestępcy i oszusta.

Dlatego tak łatwo udało się opiniotwórcom przekonać większość społeczeństwa, że ten, kto chciałby ugryźć polskiego żubra w d…, wyrwać społeczeństwo ze stanu zadowolenia, mówiąc o aferach, korupcji, kompromitacji kolejnych ministrów, szarżach służb specjalnych, jest nienawistnikiem i siewcą podziałów.

Polacy odrzucili Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ nie lubią, gdy ktoś wytyka im ich wady, wolą nie wiedzieć, jak jest naprawdę, wolą Donalda Tuska, bo patrząc na niego, po prostu czują się lepiej. Czują się tak, jak za czasów Aleksandra Kwaśniewskiego – dobre garnitury, prostolinijność, umiejętność przyznania się do grzechów młodości – tylko po to, by nikt nie pytał o grzechy obecne – to wszystko sprawia, że po pierwsze opiniotwórczy Polacy, widząc przywódcę, mają wrażenie, że patrzą na lepszą część siebie.

Można to obserwować przy okazji sporu o książkę o Lechu Wałęsie. Prawda w debacie o legendarnym przywódcy „Solidarności” jest nieistotna, dla opiniotwórców nie jest ważne, co Wałęsa robił w latach 70. czy 90. Ważna jest oficjalna hierarchia autorytetów i oficjalna wersja wydarzeń, którą jedna książka historyczna może zachwiać. Zresztą spora część opiniotwórców doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaka jest prawda, lecz ujawnianie tej prawdy – lub chociażby publiczne stawianie pytań – uznaje za atak na społeczny porządek i za awanturnictwo. Podobnie jak największe gazety na początku lat 90. nie pisały o aferach gospodarczych, by nie zniechęcać Polaków do kapitalizmu.

Żyjemy dziś w przekonaniu, że demokracja jest w dobrych rękach, że można się już nie troszczyć o losy ojczyzny. W tej atmosferze już zacierają dłonie ludzie, którzy nie lubią, jak w interesach patrzy się im na ręce. Kiedy nikt nie stawia zbyt wysokich celów, łatwiej się dorobić niż wtedy, gdy uwaga publiczności jest skierowana na politykę.

I znów kluczowe decyzje będą podejmowane w zaciszu gabinetów, znów o tym, co naprawdę najważniejsze dla Polaków, decydować się będzie bez publicznej debaty. Pod pozorem spokoju i miłości podejmowanych będzie mnóstwo decyzji kluczowych dla przyszłości Polski, cichych negocjacji z Komisją Europejską, to wszystko, od czego zależeć będzie nasza przyszłość. Znów fundamentalne decyzje przykrywane będą udawanymi debatami.

Prawdy nie będzie w nich jednak wcale, ale po co nam prawda? Skoro miłość jest ślepa, prawda może nam otworzyć oczy i przerwać epokę miłości…