Majewski zawsze szedł swoją drogą, preferując groteskę i humor, szukając emocji w dawniejszych czasach (wspaniałe „Zaklęte rewiry" czy „Sprawa Gorgonowej"), ba, radząc sobie w materii czystej historii („Królowa Bona"). I nie robił filmów, których musiał się potem wstydzić – politycznie czy moralnie.
To prawda, „Mała matura..." nie tętni takim bogactwem obserwacji jak jego stare dzieła, a główny bohater, bardziej obserwator niż podmiot, nie skupia takiej uwagi jak młody kelner Marka Kondrata z „Zaklętych rewirów". A jednak nie jestem tak surowy jak krytycy.