Reklama

Gabinety polityczne czy populizm - Skwieciński

Jeśli szef resortu nie chce ograniczyć się do ceremonialnego panowania nad nim, to musi mieć zaufanych współpracowników – twierdzi publicysta "Rzeczpospolitej"

Publikacja: 15.02.2012 20:33

Piotr Skwieciński

Piotr Skwieciński

Foto: Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys

W zasadzie wszyscy politycy prześcigają się w krytyce instytucji gabinetów politycznych i snuciu planów ich likwidacji. To zjawisko charakterystyczne dla obecnej Polski. Po pierwsze dlatego, że całą sprawę sprowokował jeden tekst z "Gazety Wyborczej". Mamy więc do czynienia z kolejnym przykładem reaktywności klasy politycznej, która sama nie potrafi kreować tematów debaty, reaguje tylko na działania mediów. Po drugie zaś dlatego, że – podobnie jak w innych wypadkach – na podrzucane przez środki przekazu tematy reaguje za pomocą podlewania benzyną populistycznego ogniska.

Mechanizm ten ćwiczymy nie po raz pierwszy. Reakcją na obnażenie patologii – czasem realnych, czasem mniemanych – jest z reguły potok pomysłów, których celem ma być ograniczenie możliwości pojawiania się tych patologii, ale które zarazem (bo politycy dobrze wiedzą, co się ludziom podoba) formułowane są w sposób celowo demagogiczny. Rosjanie mówią o takich działaniach pokazucha. Dla kogoś, kto przez lata obserwuje mechanizm polskiego życia politycznego, pokazucha tego rodzaju to już nudna rutyna – od np. pomysłu zmuszania wszystkich krewnych urzędników do składania oświadczeń majątkowych poprzez np. kastrację pedofilów. Aż do likwidacji gabinetów politycznych będących – jak się właśnie dowiadujemy – jednym z głównych przykładów toczącego Polskę zła.

Prawo Dorna

Chcę być dobrze zrozumiany. Dostrzegam patologię w mnożących się po całej Polsce "gabinetach politycznych" wójtów. Pojmuję też potrzebę oszczędności, choć przebijająca z wielu wypowiedzi teza, że gdyby ich nie było, to na pewno mielibyśmy cud gospodarczy, wydaje mi się lekko ryzykowna.

Tylko że gabinety polityczne na poziomie ministerstw kosztują... no właśnie, ile? Jaki promil kosztów funkcjonowania tych resortów?

Wyborców łatwo zbulwersować wizją ukrawatowionych młodzieńców, siedzących w jakichś tam cieplutkich gabinetach, w domyśle: zarabiających krocie (bo każda suma większa od średniej krajowej to przecież krocie) i zapewne nic nierobiących. Politycy (zwłaszcza deklarujący chęć zmieniania kraju, jak np. politycy PiS) powinni jednak patrzeć trochę dalej i szerzej.

Reklama
Reklama

Ludwik Dorn, kiedy był ministrem spraw wewnętrznych, mówił, że w polskiej rzeczywistości resortowej rządzi prawo entropii. Sprawy zapoczątkowane zamierają i cokolwiek może być zrealizowane tylko wtedy, kiedy nad dyrektorem departamentu "stoi wiceminister i tupie". Wszyscy, którzy mają jakąkolwiek wiedzę o sposobie funkcjonowania polskich instytucji rządowych, nie mogą się nie zgodzić z tą maksymą Dorna. Rzeczywistość biurowa zawsze ma tendencje do immobilności, a urzędnicza Polska bije tu rekordy światowe. Dlaczego – to temat ciekawy, ale nie ma tu miejsca na jego rozwijanie. Ważne, że taki jest fakt.

Jeśli szef resortu nie chce ograniczyć się do ceremonialnego panowania nad nim (i ewentualnie do "kręcenia" na boku większych lub mniejszych "lodów"), to warunkiem sine qua non jest posiadanie w tym resorcie grupy zaufanych współpracowników. Współpracowników odgrywających rolę "królewskich oczu i uszu" (doprawdy, trudno liczyć na to, że bez tego minister będzie wiedział, co w podległym mu urzędzie się dzieje, zwłaszcza w typowej dla naszego kraju sytuacji rządu koalicyjnego i koalicyjnych – czyli niemal niekontrolowalnych przez ministra – wiceministrów w resortach). Pełniących też funkcję ludzi specjalnego przeznaczenia, wykorzystywanych do pilotowania określonych spraw, obecności w imieniu ministra na określonych naradach, przy określonych czynnościach. Czyli – do wywierania nacisku na aparat urzędniczy, aby realizował wolę szefa resortu.

Sprawować funkcję czy rządzić?

To patologia, powinno być inaczej? Oczywiście. Ale jest, jak jest. Ograniczenie liczby ludzi, których minister może przyprowadzić ze sobą do urzędu i używać w celu realizowania swojej woli będzie skutkować zwiększeniem i tak w warunkach polskich poważnej niemocy szefa resortu. Wzmocnieniem natomiast kolektywnej mocy środowiska wyższych urzędników cywilnych. Nie będzie to zmiana na lepsze, bo urzędnicy ci z reguły nie są zainteresowani ani zmianami wewnątrz urzędu, ani odejściem od rutyny w jego działaniach, ani wejściem w konflikt z interesami ważnych środowisk, pozostających w sferze administracyjnego oddziaływania resortu (często są wręcz rozmaitymi niciami z tymi środowiskami powiązani).

Jak napisałem wyżej, taka perspektywa nie powinna podobać się żadnemu politykowi, zainteresowanemu czymś więcej niż majestatycznym "sprawowaniem funkcji". A w wypadku Prawa i Sprawiedliwości dochodzi jeszcze jedna okoliczność. Gdyby w przyszłości ta partia miała objąć władzę, stanie – jako powszechnie przez urzędników nielubiana i skonfliktowana z wpływowymi środowiskami – wobec konieczności zarządzania resortami, w których gros najbardziej wpływowych kierowników, wicedyrektorów i dyrektorów nie będzie zainteresowany w sukcesie nowych szefów tychże resortów. W tej sytuacji wcześniejsza rezygnacja z możliwości wprowadzenia do urzędów grona ludzi, na których będą się mogli oprzeć ich hipotetyczni przyszli szefowie, jawi się jako posunięcie samobójcze, podyktowane wyłącznie grą o wyborców, a nie merytoryczną refleksją.

Wielokrotnie krytykowałem "akcyjność" obecnego polskiego życia politycznego i – zwłaszcza – obecnego rządu, praktykę wywoływanej wokół jakiejś sprawy burzy, która potem cichnie i nie owocuje żadnymi albo prawie żadnymi zmianami. Paradoksalnie, w przypadku kwestii gabinetów politycznych wypada życzyć sobie, aby i tym razem burza zakończyła się niczym.

W zasadzie wszyscy politycy prześcigają się w krytyce instytucji gabinetów politycznych i snuciu planów ich likwidacji. To zjawisko charakterystyczne dla obecnej Polski. Po pierwsze dlatego, że całą sprawę sprowokował jeden tekst z "Gazety Wyborczej". Mamy więc do czynienia z kolejnym przykładem reaktywności klasy politycznej, która sama nie potrafi kreować tematów debaty, reaguje tylko na działania mediów. Po drugie zaś dlatego, że – podobnie jak w innych wypadkach – na podrzucane przez środki przekazu tematy reaguje za pomocą podlewania benzyną populistycznego ogniska.

Pozostało jeszcze 90% artykułu
Reklama
Opinie polityczno - społeczne
Estera Flieger: Nie dołączę do krytyków Ostatniego Pokolenia za Stocznię Gdańską
Materiał Promocyjny
Sieci kampusowe – łączność skrojona dla firm
Opinie polityczno - społeczne
Marek A. Cichocki: Polski Sierpień jest dziś dla nas gorzkim doświadczeniem słabości
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Trudny powrót z wakacji premiera. Siedem największych problemów rządu Donalda Tuska
Opinie polityczno - społeczne
Estera Flieger: Czy Polacy są ojkofobami, że tak nie lubią Polski i siebie samych?
Materiał Promocyjny
Bieszczady to region, który wciąż zachowuje aurę dzikości i tajemniczości
Opinie polityczno - społeczne
Marek Konopczyński: W czyim interesie jest nowa ustawa o zawodzie psychoterapeuty?
Materiał Promocyjny
Jak sfinansować rozwój w branży rolno-spożywczej?
Reklama
Reklama