I pomimo licznych protestów ze strony MSZ określenie to bezustannie powraca w kolejnych publikacjach.
Przyjęło się u nas uważać, że jest to skutek braku wiedzy na temat przebiegu wojny w naszej części Europy. Niezupełnie. To, co u nas przyjmuje się za brak wiedzy, tam uważane jest za jedyną dopuszczalną interpretację wydarzeń. W myśl tej interpretacji winnymi ludobójstwa są naziści. A naziści nie są pojęciem równoznacznym z Niemcami, zatem Niemców jako takich nie powinno się oskarżać o zbrodnie.
Nie od razu tak było. Przez wiele lat problem sprawstwa Niemców żył głównie wśród izraelskich Żydów. W Europie nikt tego nie roztrząsał. Wszystko zaczęło się zmieniać dopiero w latach 60. ubiegłego stulecia wraz z procesem Adolfa Eichmanna, a później strażników obozu w Auschwitz. W tym samym czasie w komunistycznej Polsce doszło do wydarzeń marcowych i przymusowej emigracji części polskich Żydów. Jednocześnie Izrael prowadził wojnę z arabskimi sąsiadami, której stawką było przetrwanie tego państwa.
Gorszego momentu na wewnętrzne porachunki komuniści nie mogli sobie wybrać. Niemcy się rozliczali, Izrael walczył, a Gomułka z Moczarem wyganiali Żydów z Polski. Bardzo to ułatwiło Niemcom manewr oczyszczenia się z zarzutów zbrodni i zrzucenia winy na mitycznych nazistów. A przy okazji uwiarygodniło hitlerowską narrację o Polakach jako podludziach, wśród których rzekomo bez obaw można było dokonywać najpotworniejszych zbrodni.
Oczywiście proces zamiany ofiary w kata miał swój aspekt finansowy, bez którego Niemcom z pewnością nie udałoby się tak łatwo wybielić w oczach świata. Nie jest też wykluczone, że gdyby Polska posiadała dziś odpowiednie środki, to i my nie uchodzilibyśmy za główny matecznik antysemityzmu.
Wszystko to oznacza, że interpretacja wydarzeń z okresu II wojny światowej ma wymiar polityczny, a nie faktograficzny.
Najprościej można się o tym przekonać, czytając artykuł o „polskich obozach śmierci" w najnowszym „The Economist". Autor artykułu sprzeciwia się penalizacji tego pojęcia w polskim prawie, sugerując, że doprowadzić to może do wybuchu antysemityzmu w Polsce. Zakaz mówienia o „polskich obozach śmierci" – jak czytamy w „The Economist" – spowoduje poczucie bezkarności wśród polskich „katolików i nacjonalistów" (a więc z zachodniego punktu widzenia u zdecydowanej większości naszego społeczeństwa), co stanowi zagrożenie dla nielicznych polskich Żydów.
Oznacza to więc ni mniej, ni więcej, że określenie „polskie obozy śmierci" stosuje się całkowicie świadomie i żadne protesty MSZ niczego tu nie zmienią. To po prostu kolejna forma presji na Polskę, która ma ją zmusić do odrzucenia swojej katolickiej, konserwatywnej tożsamości. Bo tylko odrzucając tę tożsamość i zrzucając wyimaginowaną winę na „katolików i nacjonalistów", moglibyśmy oczyścić współczesną Polskę z zarzutu antysemityzmu. Chyba że bylibyśmy potężnym i bogatym państwem. Ale nie jesteśmy.