Nudne, bo kraj, którego polityka gospodarcza w ostatnich latach wielokrotnie irytowała inwestorów, luzuje politykę pieniężną dłużej niż „zielona wyspa" Polska i nie wywołuje tym panicznej wyprzedaży narodowej waluty. Węgierski bank centralny zachowuje się, jakby był twórcą polityki pieniężnej w państwie stabilnym, a nie w tych strasznych, populistycznych Węgrzech.

Może dzieje się tak dlatego, że przewagę w węgierskiej Radzie Polityki Pieniężnej mają osoby kojarzone z obozem Orbana? To jednak nie tłumaczy, dlaczego węgierski rynek cieszył się w ostatnich miesiącach wielkim zainteresowaniem inwestorów. BUX, czyli główny indeks giełdy w Budapeszcie, zyskał od początku roku blisko 35 proc. Analitycy tłumaczą to zapowiedzią obniżenia podatku bankowego, który wcześniej mocno ciążył inwestorom. Rynkowi gracze dostrzegają jednak również, że sytuacja gospodarcza na Węgrzech jest skrajnie odmienna od katastroficznych wizji, które snuto, gdy populista-nacjonalista Orban zaczął wprowadzać swoje irytujące zagranicznych kapitalistów rozwiązania.

Prognozy Komisji Europejskiej mówią, że wzrost gospodarczy na Węgrzech wyniesie w tym roku 2,8 proc., a stopa bezrobocia – 6,8 proc., co na tle reszty Europy jest przyzwoitym wynikiem. W zeszłym roku Węgry osiągnęły 3,6 proc. wzrostu gospodarczego, czyli nieco więcej niż Polska.

Być może okaże się z czasem, że Węgrzy w długim terminie na Orbanowskiej polityce wyjdą źle, ale na razie wyniki osiągane przez węgierską gospodarkę nie dają żadnych powodów do demonizowania Węgier. Owszem, Orbanowi i jego ekipie można zarzucić wiele, np. zniszczenie tamtejszego systemu funduszy emerytalnych czy próbę wprowadzenia podatku od transferu danych w internecie. Ale czy Orban jest naprawdę gorszy od polityków rządzących teraz w Polsce i w innych krajach Unii?