Po czym coś w trybach administracyjnej machiny się zacinało i szumnie zapowiadana reforma grzęzła. Sprawa umierała aż do objęcia władzy przez kolejny gabinet, który przedstawiał własne pomysły... I tak w koło Macieju. Aż do dziś.
Tym razem sytuacja jest inna, bo rząd Prawa i Sprawiedliwości nie ma pod ręką komfortowej opcji podrzucenia górniczego problemu następcom. Dlaczego? Bo jeśli porównać górnictwo do pacjenta, to mamy przed sobą chorego, który miał zawał albo nawet trzy i teraz, leżąc na oddziale intensywnej terapii, jest na skraju śmierci klinicznej. A może właśnie nawet w nocy ją przeszedł, tylko lekarz nie chce denerwować rodziny. Po prostu – uda się teraz albo nigdy. I nawet patronujący reformie minister Grzegorz Tobiszowski, zachowując formy urzędowego optymizmu, nie ukrywa, że chodzi o istnienie całego sektora.