Przy tej skali szkód niebywałe jest to, że po prawie trzech tygodniach nie brak poszlak wskazujących sprawcę czy sprawców! Tymczasem bez wskazania truciciela nie można określić odpowiedzialności. Jedynym punktem zaczepienia dla potencjalnych roszczeń są tylko opieszałe działania rządu i służb mu podległych.

Nie wiadomo, czy mamy do czynienia wyłącznie z niekompetencją, czy rozmywaniem odpowiedzialności, a nawet zacieraniem śladów. Im dłużej trwa wyjaśnianie, tym mniejsze szanse, że dowiemy się prawdy. Wszystko wskazuje na to, że dla poszkodowanych efekt dochodzenia będzie bez znaczenia, gdy okaże się, że nie było obowiązku dostosowania wielkości zrzutu zanieczyszczeń do ilości wody w rzece, a więc zawinił klimat. Nie ma też ścieżki dochodzenia roszczeń od tych, którzy spuszczali zanieczyszczenia na dziko. A wykryto już 282 nielegalne wyloty do rzek, jak informowała „Rzeczpospolita”.

Dlatego zasadnie stawiany jest wniosek o wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. Wtedy możliwa byłaby wypłata rekompensat. Jednak nawet gdyby udało się wykryć truciciela, to skala roszczeń odszkodowawczych stanowi drobny ułamek szkody, którą poniosła nadodrzańska przyroda, czyli my wszyscy. Przy czym największą stratą jest uderzenie w środowisko naturalne, bioróżnorodność.

Od lat eksperci zastanawiają się nad tym dobrem publicznym, które wymyka się analizom ekonomicznym. Prof. Partha Dasgupta w raporcie pod tytułem „Ekonomia bioróżnorodności”, przygotowanym w ub.r. dla władz brytyjskich, stosuje teorią zarządzania portfelowego do oceny wartości przyrody. Trudność w tej ocenie polega na tym, że inaczej niż aktywa służące produkcji, takie jak budynki, fabryki, które są nieruchome, aktywa z królestwa zwierząt, roślin czy grzybów zachowują mobilność. Nawet jeśli istnieje rynek na te aktywa i można wycenić wartość rynkową 100 ton ryb, bo tyle ważyły te martwe, które odłowiono z Odry, a to nic nam to nie mówi o tym, jaką stratę poniosło społeczeństwo z powodu zachwiania równowagi ekologicznej. Oraz ile czasu i wysiłku zajmie powrót do stanu sprzed katastrofy.

Natura ma też dwie inne cechy: jest niema i niedostrzegalna. Tu nie da się wyrównać niedoskonałości rynku, aby ocenić ryzyko, np. poprzez obowiązek upubliczniania informacji na giełdzie. Zwierzęta nam tego nie powiedzą, trudno ocenić zmiany populacji czy zagrożenia, ryzyko wtargnięcia gatunku inwazyjnego czy zmian mikrobiologicznych. Dlatego rozproszona odpowiedzialność rządu, samorządów, firm i zwykłych ludzi za zarządzanie aktywami natury wymaga większego uspołecznienia.

W tym kontekście w ogóle podawanie w wątpliwość konieczności pełnej przejrzystości działań władzy politycznej i podległej im administracji musi budzić sprzeciw. Jeśli rząd ma czyste sumienie, a przecież wiemy, że katastrofy się zdarzają, to w jego interesie powinno być jak najszybsze wyjaśnienie tej odrzańskiej. Jeśli nie czyni w przejrzysty sposób, powstają podejrzenia, że jest współwinny. Przy tragedii tej skali zamiatanie sprawy pod dywan jest najgorszą z możliwych strategii.

Kluczenie przy odpowiedzi na proste pytanie – kiedy się dowiedzieliście o katastrofie? – pogłębia wrażenie, że mamy do czynienia z próbą wywinięcia się od odpowiedzialności za niekompetencję. To podważa zaufanie do państwa. Niestety po raz kolejny.

* Prof. Paweł Wojciechowski jest szefem Rady Gospodarczej Polska 2050