Wielkie konflikty i wyzwania współczesnego świata dotarły również do Polski. Europa ma zgryz z prokremlowską drużyną pod wodzą członka rady dyrektorów Rosneftu Gerharda Schrödera – my mamy naszą tragedię z Maciejem Rybusem, który porzucił drużynę narodową dla Spartaka Moskwa. Stany Zjednoczone zastanawiają się, w jaki sposób ochronić Tajwan i zabezpieczyć Morze Południowochińskie – my przymierzamy się podobno do zakupu flotylli okrętów, które ochroniłyby świeżo odzyskany Zalew Wiślany (wstępna misja MON ustaliła w Waszyngtonie, że normalny okręt niestety nie przepłynie przez budowany przekop, ale zawsze można zakupić tratwy bojowe). NATO myśli o tym, w jaki sposób zapewnić bezpieczeństwo przed atakiem ze strony Rosji – u nas pewien ważny polityk zdradził, że rząd szykuje się raczej na kolejny napad ze strony Niemiec (co każe jednak na nowo przemyśleć sens rozbudowy lotniska w Radomiu: skoro jest ono położone na południe od Warszawy, może to znacznie ułatwić desant oddziałów niemieckiego Afrika Korps).

To oczywiście wszystko niewinne żarty. Ale naprawdę jest czym się martwić, bo problemy światowe rzeczywiście do Polski docierają. I to powiększone.

Po pierwsze, cały świat zachodni stoi w obliczu widma wieloletniej stagflacji: powolnego wzrostu i chronicznie wysokiej inflacji. W latach 1973–1974 wywołał ją pięciokrotny wzrost ceny ropy. Dziś mamy do czynienia ze wzrostem trzykrotnym (w porównaniu z rokiem 2020), ale towarzyszy mu znacznie silniejszy wzrost cen gazu i podwojenie cen żywności. Mówiąc krótko, nie wiadomo, czy standardowe narzędzia polityki gospodarczej wystarczą do zażegnania kryzysu. A my w Polsce mamy ten sam problem, ale niestety podniesiony do kwadratu przez inflacyjne efekty prowadzonej od lat beztroskiej polityki finansowej.

Po drugie, świat ma problem z bezpieczeństwem i koniecznością przeciwstawienia się rosnącej agresji państw bandyckich. Konsekwencją tego musi być skokowy wzrost wydatków na obronę krajów zachodnich, obniżonych o połowę (w relacji do PKB) na fali pozimnowojennego optymizmu. My stoimy przed podobnym wyzwaniem. Tyle że w ciągu ostatnich lat nasi politycy przeznaczyli wszystkie dodatkowe dochody budżetowe (rzeczywiste i zmyślone) na wzrost wydatków socjalnych, więc dzisiaj jedynym pomysłem na sfinansowanie dodatkowych wydatków obronnych jest wzrost długu.

Ale najgorsze jest trzecie zagrożenie. Stojące w obliczu potężnych wyzwań gospodarczych i politycznych społeczeństwa krajów zachodnich są podzielone, przeważnie niemal równo na pół. Niezależnie od tego, czy chodzi o trumpistów w USA, brexiterów w Wielkiej Brytanii czy żółte kamizelki we Francji, podsycana przez populistów walka jednej połowy narodu z drugą nie tylko osłabia mechanizmy demokracji, ale też daje znakomitą okazję zewnętrznym agresorom do manipulowania nastrojami i paraliżowania państw. A my w Polsce nie dość, że mamy te same problemy, to dodatkowo mamy polityków coraz bardziej wierzących w to, że jedyną metodą wygrywania wyborów jest kupowanie głosów.

Choćby nawet po wyborach miał przyjść potop.