– Dobrze pamiętamy, że jeszcze w latach 60. byliśmy biedni, dlatego chcemy pomagać Polakom. Nam się udało, wam też się uda – mówili mi znajomi Norwegowie w pamiętnym roku 1989. Polska była wówczas bankrutem z kartkami na mięso i bez perspektyw dla młodego pokolenia. Ale trafiła na usta świata, gdy za pomocą kartki wyborczej obaliła komunizm. Ja i inni polscy studenci, szukający wówczas zajęcia w kraju fiordów, odczuwaliśmy autentyczną sympatię i konkretne wsparcie Norwegów.

Dzisiaj jest mi wstyd. Wstyd za słowa premiera naszej całkiem zamożnej już Polski, który raczył powiedzieć w weekend, że Norwegia jako eksporter rosnących w cenę gazu i ropy pośrednio żeruje na wywołanej przez Putina wojnie w Ukrainie. I w związku z tym powinna się podzielić z innymi krajami osiągniętymi w ten sposób nadmiarowymi zyskami.

Zastanawiam się, co chciał osiągnąć Mateusz Morawiecki, bijąc w lojalnego sojusznika z NATO, w kraj, który stał się przyjaznym domem dla ponad 100 tys. Polaków stanowiących tam najliczniejszą dziś grupę imigrantów? Co miał na myśli premier, bijąc w kraj, który właśnie ma się stać jednym z naszych największych dostawców gazu ziemnego (po rezygnacji z importu z Rosji i uruchomieniu gazociągu Baltic Pipe)? W kraj, w którego złoża gazu na szelfie morskim zainwestowały polskie firmy państwowe. I zapewne będą chciały dalej inwestować, a przecież inwestycje w tym mocno regulowanym biznesie wymagać będą zgody władz w Oslo. Rozpoczynanie jakichkolwiek negocjacji od obrażania partnera i wezwania do oskubania go nie jest zbyt efektywną strategią.

Czytaj więcej

Finlandia przystępuje do NATO z wielką determinacją. Szwecja ma więcej wątpliwości

Norwegowie nie są zresztą jedynymi, którzy korzystają na zwyżce cen na rynku ropy i gazu, czy szerzej – rynku energii. Dlaczego premier nie zaproponuje na przykład, by podzieliła się nadzwyczajnymi zyskami największa firma naftowa świata Saudi Aramco, która ma wejść do gdańskiej rafinerii po rozbiorze Lotosu? Ale po co szukać daleko – dlaczego zyskami nie podzielą się nasze państwowe firmy energetyczne eksportujące jak szalone nasz prąd z węgla, który dzięki gigantycznym cenom gazu w Europie stał się chwilowo konkurencyjny wobec energii z innych źródeł? A co z zyskami polskich producentów żywności, której ceny z powodu wojny i odcięcia dostaw z Ukrainy doznają właśnie kolejnego przyspieszenia?

Wzywając do ekstraopodatkowania „małego pięciomilionowego kraju”, premier otwiera puszkę Pandory, bo korzystających na rynkowych zawirowaniach towarzyszących wojnie jest wielu, także w Polsce. Jeśli jego słowa miały być przygrywką do jakichś nowych podatków sektorowych, to Mateusz Morawiecki uderzył w zły ton. Naprawdę trudno dociec, ki diabeł podkusił go, by właśnie teraz uderzyć w sojusznika z NATO, który ma się stać jednym z głównych dostawców gazu dla naszego kraju.