Pod koniec ubiegłego roku liczba placówek po raz pierwszy spadła poniżej 300 tys. Najszybciej ubywa sklepów ogólnospożywczych, odzieżowych, mięsnych i alkoholowych.

W sklepy uderzyła najpierw ekspansja hipermarketów, teraz – dyskontów i ofert internetowych. Zwłaszcza dyskonty okazały się prawdziwymi zabójcami. Oferują niższe ceny i większy wybór, a zwykle są niemal równie blisko, co osiedlowy sklepik. W samej Warszawie w ciągu siedmiu lat liczba dyskontów wzrosła aż pięciokrotnie. Wycinają małe sklepiki, ale biją też w hipermarkety.

Zmian na rynku nie zatrzymają żadne regulacje. Gdy koalicja PiS–LPR–Samoobrona wprowadziła przed dekadą ograniczenia w budowie sklepów o powierzchni powyżej 400 mkw., hipermarkety, w które to było wymierzone, zaczęły tworzyć mniejsze placówki i wchodzić w osiedla. Nie dość, że obchodziły zakaz, to jeszcze – wbrew intencjom polityków – mocniej uderzyły w polską konkurencję.

Podobnie może być z podatkiem obrotowym, który zacznie obowiązywać od września. Choć intencją rządu jest pomoc polskim sklepom (stąd progresja podatkowa na niekorzyść większych, głównie z kapitałem zagranicznym), okazuje się, że to one mogą ucierpieć najbardziej. Co prawda zapłacą mniej podatku, ale trudniej im będzie przerzucić go na dostawców i klientów. A więc znów niedźwiedzia przysługa.

Politykom nie brakuje jednak pomysłów. Wkrótce może się okazać, że nie będziemy mogli robić zakupów w niedziele. To idea „Solidarności", ale popierana w PiS. Pomysł ma ulżyć pracownikom i pomóc mniejszym sklepikom.

Nie łudźmy się jednak, że zmieni to tendencje na rynku i małych polskich sklepów przestanie ubywać. Za to klienci mogą być wściekli.