Kiedy w lutym zeszłego roku inflacja sięgnęła 4,7 proc., NBP ogłosił: nic się nie dzieje, po przejściowym skoku ceny na pewno spadną. No i proszę, mogło się wydawać, że miał rację. Pomogła pandemia i inflacja rzeczywiście spadła poniżej 3 proc. Dramatyczne zmagania rządu z drożejącą pietruszką zakończyły się kapitulacją pietruszki (innymi słowy, przyhamowały ceny żywności), a strach o miejsca pracy na jakiś czas zmroził wzrost płac. Ale i tak główną rolę w tym chwilowym sukcesie odegrał spadek cen ropy naftowej, a w ślad za tym również benzyny na stacjach (nawet o 20 proc.).

Nie była to oczywiście nasza zasługa: jak światowa gospodarka wpada w silną recesję, zarówno popyt na ropę, jak i jej ceny spadają. Ale w gospodarce już tak jest, że jak coś nisko spada, to potem się odbija. Kiedy więc w gospodarce pojawiła się nadzieja na ponowny wzrost, w górę poszły natychmiast ceny ropy. A w efekcie tego nasza inflacja w ciągu kilku miesięcy podwoiła się, osiągając niepokojący poziom 5,5 proc. Taki, który już naprawdę wszyscy odczuwamy: ubożsi, kiedy podchodzą z koszykiem do sklepowej kasy, zamożniejsi – kiedy patrzą na swoje nieoprocentowane oszczędności.

I tylko NBP nie zmienił zdania: nadal uważa, że problemu nie ma, a inflacja tak jak się podniosła, tak w cudowny sposób spadnie.

Co ciekawe, ja również aż tak się nie przejmuję samym skokiem inflacji. Zgadzam się, że wynika on głównie z niezależnego od nas wzrostu cen ropy i że jeśli te ceny się uspokoją, to na jakiś czas inflacja znów spadnie poniżej 5 proc. Natomiast w odróżnieniu od prezesa NBP bardzo niepokoję się innymi informacjami, które podał GUS. Tym, że ceny żywności, które jeszcze kilka miesięcy temu stały w miejscu, teraz rosną już w tempie 4 proc. Tym, że ceny wielu usług rosną już w tempie 5–6 proc. I tym, że najprawdopodobniej ceny energii już za trzy miesiące wzrosną o co najmniej 10 proc.

A niepokoję się dlatego, że po pierwsze, ten wzrost cen może oznaczać, że gospodarka nie wytrzymuje takiego wzrostu popytu, jaki za cenę rosnącego długu publicznego funduje nam rząd. Po drugie, że nie wytrzymuje obiecanego wzrostu płacy minimalnej i niedoboru pracowników, prowadzącego do silnego wzrostu płac nominalnych. No i po trzecie, że przyszedł rachunek za lata opóźnień w energetyce, których symbolem było wybudowanie dwóch wież elektrowni węglowej w Ostrołęce, które właśnie rozebrano.

To wszystko sygnały, które sugerują, że nawet przejściowe obniżenie się inflacji nie zmienia podstawowego faktu: będziemy mieli coraz większy problem i nic nie wskazuje na to, że rozwiąże się on sam. Odwrotnie, im bardziej ludzie pogodzą się z myślą, że inflacja wróciła na dobre, tym mocniej może się rozkręcać. Chyba czas, żeby NBP przypomniał sobie, że jego obowiązkiem jest dbałość o stabilność cen.

To nie oznacza, że musi zaraz podnosić stopy procentowe.

Ale na pewno musi skończyć z sugerowaniem, że ma ważniejsze zadania na głowie i że inflacja go nie obchodzi, bo na pewno sama zniknie. Bo obawiam się, że wcale nie. ?

Witold M.Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, Akademia Finansów i Biznesu Vistula