W prawodawstwie, zwłaszcza w procesach karnych, taka zasada istnieje od wieków, ale nasi skarbowi urzędnicy nie zamierzają rezygnować ze swojej uprzywilejowanej pozycji. Rządowi tworzonemu m.in. przez partię mającą w nazwie przymiotnik „obywatelska" normalne równoprawne traktowanie rodaków nie mieści się w głowie.
Gdy prezydent Bronisław Komorowski sprawę klauzuli in dubio pro tributario uczynił jednym ze swoich głównych haseł wyborczych, wydawało się, że popierająca go Platforma Obywatelska szybko zgodzi się na jej wprowadzenie. Po pierwszej turze wyborów prezydenckich nawet minister Szczurek zaczął w tej sprawie mówić prawie ludzkim głosem. Dlatego wszyscy się spodziewali, że rząd we wtorek podejmie decyzję o wprowadzeniu odpowiedniego zapisu do ordynacji podatkowej. Tak się nie stało, a resort dalej tłumaczy, że sprawa wymaga doprecyzowania i wyjaśnienia. Pewnie niedługo usłyszymy, że potrzebna jest specjalna ustawa, a w niej konkretne definicje tego, co to są: wątpliwość, podatek, podatnik, i dlaczego każdy urzędnik skarbowy ma mieć specjalne przywileje.
Niestety, takiej decyzji resortu sprzyja nieco pomysł samego prezydenta Komorowskiego, by kwestię traktowania podatników poddać pod referendum. To odwleka decyzję rządu i tworzy dla tego oczywistego pomysłu nową ścieżkę. Nie mam wątpliwości, że Polacy poprą taki zapis, ale wystarczy, że zbyt mało pójdzie ich do urn i błyskawicznie – jak królik z kapelusza – pojawią się nowe wątpliwości.
Zasadniczo rzecz biorąc, rozumiem obawy ministra Szczurka. Od dawna wiadomo, że nasze prawo podatkowe jest bardziej dziurawe niż przeciętny durszlak. Możliwe, że po wprowadzeniu nowej klauzuli państwo początkowo straci miliardy. Można ten problem jednak obejść, dając np. resortowi czas na zmianę niejasnych przepisów podatkowych.
Ale dla mnie w tej sprawie ważniejsze niż utracone na początku pieniądze jest to, jak jestem traktowany przez państwo. Czy jako obywatel, czy jako maszynka dostarczająca kasę na realizacje pomysłów polityków. Dlatego istotne jest, by minister Szczurek zrezygnował z używania bata na obywateli i poszedł śladami pomysłu prezydenta.