Wstrząsy wtórne, choć znacznie słabsze, też potrafią być zabójcze – w tym przypadku dla miejsc pracy. Wszystko dlatego, że podwyżki płacy minimalnej i zmiany zasady zatrudniania władza u nas wprowadza z gracją słonia balującego w składzie porcelany: arbitralnie i bez sprawdzania, jakie skutki przyniosą poszczególnym branżom czy grupom zatrudnionych.

Trzęsieniem ziemi, które w ubiegłym i tym roku pozbawiło zajęcia 45 tys. ochroniarzy – przyznajmy marnie na ogół płatnych – było ozusowanie umów zleceń i wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej, nierzadko dwukrotnie wyższej od tego, co dotychczas im płacono. Tak znacznej podwyżki kosztów firmom nie udało się przerzucić na klientów. O tym właśnie przekonują się najbardziej optymistycznie nastawione małe i średnie spółki ochrony, którym wkrótce przyjdzie rozstać się z blisko 10 tys. pracowników. A może i samemu zwinąć biznes, skoro nie stać ich na inwestycje zastępujące pracę ochroniarzy techniką.

Mimo że rynek pracy w Polsce złakniony jest kandydatów do zatrudnienia, nie jest powiedziane, że wszyscy zwalniani znajdą zatrudnienie. Po pierwsze, w wielu przypadkach wiek nie ten, słabe kwalifikacje i brak chęci do przeprowadzki na Pomorze, Dolny Śląsk czy do Wielkopolski, gdzie firmy wyrywają sobie pracowników.

W ostatnich latach rządy w Europie podnoszą płacę minimalna starając się zwiększyć siłę nabywczą najniższej uposażonych. W Polsce takie podwyżek z kieszeni prywatnych firm fundowała Platforma Obywatelska, a teraz jej politykę kontynuuje Prawo i Sprawiedliwość. W efekcie płaca minimalna od 2005 r. do teraz wzrosła o 136 proc., podczas gdy średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw o 88 proc. To polityka mordercza dla mniej produktywnych przedsiębiorstw.

W myśl prawa, minimum na kolejny rok związki powinny wynegocjować w ramach Rady Dialogu Społecznego z organizacjami pracodawców. A dopiero wtedy, gdy się nie dogadają, powinien wkraczać rząd. Sęk w tym, że on sam bierze udział w licytacji podbijając stawkę – w ubiegłym roku zaskoczył swą szczodrością związki, ustalając płacę minimalną powyżej ich oczekiwań. Tak oto minimum, z natury rzeczy i tak już będące ingerencją w mechanizmy rynkowe, stało się narzędziem czystej polityki, żeby nie powiedzieć rodzajem kiełbasy wyborczej. Skutki tego widzimy w postaci rzezi ochroniarzy. Nie tędy droga, politycy. Nie zabijajcie miejsc pracy.

Badaniem, jak ma być minimum – być może odrębne dla różnych regionów kraju, a nawet branż – powinni się zająć eksperci. Niech przy Radzie Dialogu Społecznego powstanie rządowo-biznesowo-związkowy komitet sprawdzający wpływ dokonanych wcześniej zmian na poszczególne segmenty rynku pracy i prognozujący możliwe skutki proponowanych podwyżek.

Skoro już umówiliśmy się, że w Polsce ma istnieć minimum płacowe, zmieniajmy je z wyczuciem. Tylko wtedy w różnych branżach unikniemy kolejnych trzęsień ziemi i wstrząsów wtórnych. Właśnie takich, które zaraz dotkną tysiące ochroniarzy.