Ten przyrost to zasługa przede wszystkim klientów indywidualnych. W ich przypadku wartość złych długów bankowych urosła o 4,4 mld zł, do 38,4 mld zł.
Ponad połowa ubiegłorocznego wzrostu złych kredytów dla gospodarstw domowych przypadła na kredyty mieszkaniowe. W zdecydowanej większości są to kredyty denominowane w złotych, a nie w walutach obcych, które stanowią większość hipotecznego portfela banków.
Czy to znaczy, że kredyty walutowe są „zdrowsze"? Niekoniecznie. W nieoficjalnych rozmowach finansiści przyznają, że to raczej efekt polityki banków. Gdy osoby spłacające kredyty denominowane w walutach obcych mają problemy z terminową obsługą zadłużenia, należności są często przewalutowywane na rodzimą walutę.
Mimo to w minionym roku pogorszyła się również jakość kredytów we frankach szwajcarskich, przed wybuchem kryzysu finansowego najpopularniejszej waluty wśród osób zadłużających się w celu kupna mieszkania lub domu. Wartość złych kredytów frankowych zwiększyła się o ponad połowę, sięgając 3 mld zł.
Na podstawie danych Narodowego Banku Polskiego można oszacować udział złych kredytów w poszczególnych segmentach rynku.
Kredyty mieszkaniowe pozostają najmniej ryzykowne – udział należności zagrożonych wynosił w nich w końcu ubiegłego roku 2,3 proc. wobec 1,8 proc. rok wcześniej. Najgorsza jest jakość kredytów konsumpcyjnych, w przypadku których udział należności zagrożonych zwiększył się w 2011 r. do 17,8 proc. z 17,2 proc. rok wcześniej.
Komisja Nadzoru Finansowego w niedawnej analizie sytuacji w bankach stwierdziła, że jeśli chodzi o jakość portfela kredytów konsumpcyjnych, widoczne są oznaki stabilizacji.
Poprawia się jakość kredytów dla firm. Udział należności zagrożonych zmniejszył się w ich wypadku do 10,5 proc. z 12,3 proc. w końcu 2010 r. W dużych firmach nastąpił spadek udziału należności zagrożonych z 9,4 proc. do 7,5 proc. wartości portfela.