Firma Dira, która jest użytkownikiem wieczystym gruntu pod inwestycję, zagroziła, że jeśli nie dostanie pieniędzy w ciągu tygodnia, skieruje sprawę do sądu.
– To szantaż i zastraszanie nas – denerwują się mieszkańcy z bloku przy Al. Jerozolimskich 135 (nazwiska do wiadomości redakcji). – Za co mamy płacić? Za to, że protestujemy przeciwko budowie pięciopiętrowego bloku na skrawku drogi za naszymi oknami? – padają pytania.
Zagadką dla mieszkańców jest sposób wyboru osób, od których firma żąda pieniędzy.
– Grupa protestujących liczyła jakieś 30 osób. Tymczasem pisma z firmy Dira dostało zaledwie kilka, i to nie tych najbardziej aktywnych – opowiada jeden z lokatorów. – Nasza rodzina dostała zaś dwa takie żądania. Ode mnie i od mojej żony firma chce po 100 tysięcy złotych. Skąd biedni emeryci mają wziąć 200 tysięcy? – żali się czytelnik, pokazując pismo. Deweloper wskazał w nim numer konta, nie ma jednak żadnej podstawy prawnej, na jakiej opiera swe żądania.
Lokatorzy o pismach powiadomili Pierwszą Wojskową Spółdzielnię Mieszkaniową (PWSM), która ich reprezentuje.
– Żądanie pieniędzy od naszych członków jest bezprzedmiotowe – podkreśla Paweł Przeklasa, prawnik PWSM. – Jeśli spółka, tak jak zapowiada, wystąpi przeciw nim z pozwem sądowym, to będziemy ich reprezentować i żądać oddalenia powództwa – podkreśla.
Pozwu spółki na razie nie ma, ale Dira, kiedy mieszkańcy nie wpłacili jej pieniędzy, wysłała zawiadomienia, że kieruje sprawę do sądu. – Inwestor napisał, że nigdy nie działał na moją szkodę, więc nie rozumie, dlaczego ja mu przeszkadzam, czyli bezpodstawnie utrudniam zdobycie pozwoleń budowlanych – streszcza sens pisma jeden z lokatorów.
Na jakiej podstawie spółka Dira żąda pieniędzy od lokatorów? – Mieszkańcy doprowadzają firmę do ogromnych strat finansowych tylko dlatego, że nie chcą, by powstał tam budynek mieszkalny. A my przecież działamy zgodnie z prawem, otrzymaliśmy bowiem decyzję o warunkach zabudowy i zagospodarowania – wyjaśnia Reuven Shapira, prezes spółek Dira i Rema.
Ta ostatnia firma w 2008 r. dostała od miasta warunki zabudowy pod inwestycję, zgodnie z którymi na maleńkiej działce między dwoma blokami może powstać pięciopiętrowy blok z pięcioma mieszkaniami.
– Niedopuszczalna jest sytuacja, że z powodu jedynie osobistych pobudek jedna ze stron naraża drugą na straty – uważa Shapira. Dodaje, że przy wyborze mieszkańców, od których spółka domaga się pieniędzy, Dira kierowała się tym... „kto podpisał niemerytoryczny protest”. Prezes Shapira podkreśla, że Dira kupiła prawo do ziemi z prawomocną decyzją o warunkach zabudowy, którą podważali mieszkańcy. Firma postarała się więc o nowe warunki zagospodarowania. Jak mówi prezes Diry, te znów zostały oprotestowane.
Historia spornej inwestycji ciągnie się od 11 lat. Mieszkańcy opowiadają, że wszystko zaczęło się pod koniec lat 90. – Wtedy to zjawili się u nas pierwsi prywatni inwestorzy chcący budować mieszkania na skrawku ziemi za naszymi oknami. Powiedzieli, że na 278 metrach postawią wąski, kilkunastopiętrowy apartamentowiec, który musiałby zająć kawałek drogi – wspomina jedna z mieszkanek. – Oznaczałoby to prawdziwą katastrofę. Nasz blok z płyty z lat 60. nie wytrzymałby budowy za oknami, zacząłby pękać. Najgorsze, że inwestycja zablokuje dojazdy do budynków – podkreśla.
Sprawa trafiła do samorządowego kolegium odwoławczego (SKO). Kolegium uchyliło warunki zabudowy pod tę inwestycję wydane przez miasto w październiku 2008 roku, uznając, że w postępowaniu nie brali udziału właściciele lokali. Deweloper odwołał się od tego orzeczenia do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Podnosi, że lokatorów reprezentowała ich spółdzielnia. WSA zajmie się sprawą w przyszłym tygodniu.