Podobnie zresztą jak Narodziny Pańskie. Tak jak wieczerza wigilijna jest gastronomicznym punktem kulminacyjnym Bożego Narodzenia, tak wielkanocne kulinarne apogeum stanowi śniadanie.

Niezależnie od lokalnych tradycji i regionalizmów tego dnia na stole na pewno pojawi się mazurek – jedyny wypiek cukierniczy niewyrabiany w pozostałej części roku. Nawet babę, choć z nazwy wielkanocną, mamy okazję smakować w innych porach roku. I szynkę z ćwikłą albo z chrzanem, pieczenie wieprzowe, sztufadę, gęś z żurawiną, kaczkę z borówkami i jaja faszerowane, i na twardo z majonezem, i żur z kiełbasą...

Otóż to, z kiełbasą. To ona jest królową polskiej Wielkanocy. Od setek lat, odkąd istnieją kronikarskie zapiski, kiełbasa jest typowo polskim przysmakiem.

Wyrazem tego upodobania jest jej pozycja na wielkanocnym obrusie. Zygmunt Gloger, niedościgniony znawca staropolskich tradycji, podkreśla z naciskiem, że właśnie z kiełbasą – jako pierwszą – zawierał znajomość przybysz, gość w polskim domu, od niej bowiem rozpoczynano śniadanie i obiad.

Przed Wielkanocą kto żyw, idzie ze święconym do kościoła, w koszyczku niesie zuchelek chleba, jajka, kawałek baby, sól, pieprz i właśnie ją, najbardziej okazałą w tym gronie – jejmość kiełbasę. Tak było zawsze, u szlachty i u chłopstwa.

Bigos – w staropolskich czasach sławny bigos hultajski, kolejna gwiazda wielkanocnego stołu – był nie do pomyślenia bez kiełbasy.

Gdy staropolski smak nieco się wydelikacił w czasach saskich, a kuchnia stała się bardziej wykwintna i wyrafinowana, weszło w zwyczaj, że dobry szlachecki kucharz znający swój fach powinien umieć przyrządzać kiełbasę na tuzin sposobów, a kucharz magnacki na 24 sposoby.

Przysłowia są mądrością narodów i skarbnicą tradycji. Na dworze Augusta III o stół dbał sławny kuchmistrz Wereszczak, od którego poszła nazwa sposobu podawania kiełbasy – „na wereszczaku", czyli pokrajana w talarki i podlana ostrym sosem; kiełbasę „na wereszczaku" jadło się łyżką.

Stąd poszło przysłowie, które było o wiele bardziej popularne niż to, jakie teraz kojarzy nam się z czasami saskimi, czyli z popuszczaniem pasa. Za życia kuchmistrza Wereszczaka mawiano: „Za króla Sasa łyżką kiełbasa".

A po wchłonięciu pokaźnej liczby łyżek z tym przysmakiem, nalewając piwo w szklanice dla przepłukania gardła, zawsze znalazł się „grzeczny" jegomość, który intonował: „A po kiełbasie napijwa się".

I tak nam pozostało do dziś, staropolskie porzekadło nie straciło na aktualności, co najlepiej widać przy wielkanocnym stole: „Polak łasy na kiełbasy".