Sejm na ostatnim posiedzeniu uchwalił nowelizację prawa oświatowego, tzw. lex Czarnek. Nowelizacja daje kuratorom oświaty więcej uprawnień. Będą mogli na przykład odwołać dyrektorów szkoły niestosujących się do ich zaleceń. Wśród rodziców słyszę głosy, że to może i dobrze, bo dyrektorzy sobie nie radzą z układaniem sensownych planów lekcji. Nie potrafią także zatrudnić sensownych nauczycieli – matematyków, fizyków czy geografów. O informatykach nie wspomnę… Czy dobrze, że uchwalono ustawę?

Niedobrze. Skąd pewność, że nowy, popierany przez kuratora oświaty dyrektor sobie poradzi?! Obecnie dyrektor nie ma szans by, wybierać i zatrudniać lepszego geografa, matematyka czy fizyka. Nauczycieli brakuje.

Czytaj więcej

Kilkaset tysięcy osób musi poczekać na wyrównanie styczniowych pensji

A nowelizacja tylko pogłębia chaos w edukacji. Chaos, któremu nie są winni nauczyciele, nie są winni uczniowie, nie są winni rodzice ani nawet dyrektorzy szkół. Winni są ustawodawcy, którzy co i raz wprowadzają nielogiczne zmiany do systemu. Edukacja przestaje być spójna. Jest coraz bardziej nacechowana ideologiami kolejnych ekip rządzących.


Czyli polska szkoła jest łupem politycznym?


Niewątpliwie. W ostatnich trzech dekadach nauczyciele, uczniowie, rodzice, a przy okazji całe społeczeństwo miało okazję przeżyć co najmniej trzy duże reformy edukacyjne, niestety centralistycznie projektowane i bez udziału szerszych środowisk nie tylko nauczycielskich, ale i eksperckich. Myślę tu o reformie z 1991 roku wprowadzającej nowy system polskiej edukacji (tzw. ustawa o systemie oświaty), reformie z 1999 roku tworzącej nowy typ szkół gimnazjalnych, reformie z 2017 roku likwidującej stosunkowo niedawno utworzone i rozwijające się gimnazja oraz planowanej reformie w roku 2022.


W tym czasie nieustannie trwały i trwają tzw. małe reformy, polegające na wprowadzaniu mniejszych lub większych zmian w programach nauczania, traktowanych instrumentalnie i wybiórczo i nieprzynoszące oczekiwanych rezultatów.


Tak więc za życia jednego nauczycielskiego pokolenia powstawało coś, co później znikało z mapy oświatowej. Zmieniały się przedmioty nauczania lub ich nazwy, liczby godzin dydaktycznych, treści programowe, a przy okazji kolejne rządzące ekipy raz po raz przekonywały się, jak trudno jest zmieniać edukację i szkołę bez pomocy i aktywnego udziału nie tylko nauczycieli, ale również środowisk uczniowskich i rodzicielskich. Między innymi przez ten chaos coraz mniej osób chce pracować w oświacie. Zawód nauczyciela przestał być zawodem atrakcyjnym.


A nie dlatego, że nauczyciele zarabiają zbyt mało?


Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Rzeczywiście, nauczycielom przypisuje się chęć zarabiania większych pieniędzy. To jednak nic dziwnego – zarabiają niewiele w porównaniu z innymi grupami zawodowymi. Najzdolniejsi młodzi ludzie nie garną się do tego zawodu.


Rząd zapowiada nowelizację Karty nauczyciela. Związki zawodowe, w tym nawet Solidarność, sprzeciwiają się zmianom. Nie godzą się na wyższą płacę w zamian za dłuższą pracę. Wprowadzone w ten sposób podwyżki zdaniem związkowców będą iluzoryczne. Rząd zaś podkreśla, że podwyżki będą znaczne i że zamierza przeznaczyć na nie prawie 8 mld zł. Kto ma rację?

Rząd zamierza… Pamiętam wiele zamierzeń, które okazywały się falsyfikatami. Błąd w myśleniu o edukacji polega na tym, że uważa się, że same pieniądze rozwiążą problem. Że jak się dofinansuje szkołę, to edukacja wypłynie na szerokie wody.

Ale to mit. Młodzi ludzie mają swoje marzenia – chcą się realizować. Edukacja nie daje im takiej szansy nie tylko od strony finansowej, ale przede wszystkim od strony merytorycznej.

Przedwojenny nauczyciel dostawał program kształcenia – instrukcje na dwóch stronach maszynopisu. Reszta to była jego inwencja. Nauczyciel sam kreował treści. W tej chwili nauczyciel dostaje kilkaset stron wytycznych, o czym i jak ma mówić. Tym sposobem eliminujemy ludzi twórczych. Zatrudniamy „urzędników” od edukacji.


Ministerstwo chce, żeby nauczyciel był bardziej dostępny dla ucznia i jego rodzica. Dlatego jego zdaniem ma więcej czasu spędzać w szkole. Dla uczniów to przecież dobre rozwiązanie.


Rzeczywiście, moi dziadkowie, przedwojenni nauczyciele, niemal całe dnie spędzali w szkole. Także w soboty. Byli bardzo zaangażowani w życie lokalnej społeczności. Ale zarabiali po 250 zł. Stać ich było, by wynająć mieszkanie, wyjechać na wakacje, zatrudnić opiekunkę do dziecka, praczkę i kucharkę, których wynagrodzenie wynosiło po 25–35 zł. Za 25 zł dawało się przeżyć.

Być może gdyby i teraz pensja nauczycielska starczała na wygodne życie, nauczyciele powiedzieliby: możemy pracować dłużej. Obecne propozycje wyglądają jednak trochę jak obiecywanie gruszek na wierzbie.


Znam wielu nauczycieli, którzy, poznając nowych ludzi, nie przyznają się, jaki zawód wykonują. To wywołuje uśmiech politowania. Bo inni prowadzą firmę, w której zarabiają pięciokrotnie więcej.


Wolność nauczania, o której pan wcześniej mówił, wymagałaby ogromnego zaufania rodziców do nauczycieli.


Zgadza się. A rządzący sami obniżają zaufanie do nauczycieli. Także media wychwytują sensacyjki. Rodzice widzą też, że ich dzieci miotają się w szkole, która jest niedostosowana do ich rozwoju i zainteresowań. Odpowiedzialność za frustrację uczniów przerzucają na szkołę. Sama formuła kształcenia nauczycieli jest zła. Potrzebujemy przecież pedagogów, a nie tylko przedmiotowców. 


Dawniej nauczycielami zostawali absolwenci wyższych szkół pedagogicznych, w których oprócz nauki przedmiotu uczyli się, jak być pedagogiem. Poznawali psychikę i etapy rozwoju uczniów. W tej chwili po chemii czy biologii wystarczy kurs pedagogiczny. W rezultacie, zamiast kształtować człowieka, szkoła wtłacza w niego wiedzę. 


A nauczyciel powinien być przewodnikiem po świecie wiedzy. Nie ma sensu uczyć się szczegółów, bo codziennie się one zmieniają. Szkoła nie nadąży za zmieniającą się rzeczywistością, nauką, wiedzą. Powinna być więc raczej miejscem nie tyle zdobywania szczegółowej wiedzy, ile zainteresowania ucznia jej zdobywaniem i wyposażenia w taki aparat, żeby sam umiał to robić. 


Powinna być też miejscem uspołeczniania młodego pokolenia – nauki pracy grupowej, działania w wolontariacie. Powinna wychodzić na zewnątrz. Uczyć, jak być dobrym człowiekiem, jak pomagać innym, jak być porządnym obywatelem.


Czy nie obawia się pan, że jednym ze skutków lex Czarnek będzie ograniczenie takiej aktywności szkoły? Kurator ma mieć wpływ właściwie na całe życie szkoły. Będzie dokonywał chociażby selekcji organizacji pozarządowych, które będą miały wstęp do szkół.

Tak, to wielki błąd. W efekcie wprowadzanych zmian dyrektorzy i nauczyciele przestaną podejmować aktywność pozalekcyjną, żeby się nie narażać. To zablokuje prospołeczną funkcję szkoły.

A to przecież samorząd, a nie kurator prowadzi szkołę. To samorząd, będąc bliżej uczniów i nauczycieli, lepiej zna ich potrzeby. Po co stróż w postaci kuratora? Szkoła zostanie w ten sposób ubezwłasnowolniona. To rodzice i lokalna społeczność powinna mieć wolność wybierania sposobu poszerzania horyzontów uczniów.

Uspołecznianiu młodych ludzi nie sprzyja pandemia. Co zrobić z uczniami? Posyłać ich do szkół czy chronić przed zachorowaniami?

Mamy już doświadczenia w nauce zdalnej. Powinniśmy wyciągnąć z nich wnioski. 


Tradycyjna edukacja szkolna nie przystaje do edukacji online. Możemy albo zmodyfikować formułę edukacji zdalnej, albo z niej zrezygnować i mimo pandemii posyłać dzieci do szkół, narażając nie tylko ich, ale i całe rodziny na realne niebezpieczeństwo. Edukacja, zwłaszcza edukacja zdalna, w której młody człowiek słucha gadającej głowy, zniechęca. Powinno się wprowadzić dyskusję. Trzeba odejść od formuły wykładu. Niestety, mam wrażenie, że władza oświatowa, i nie tylko, traktuje szkołę jako przechowalnię dzieci potrzebną rodzicom, którzy muszą chodzić do pracy. Jedną z głównych motywacji nauczania stacjonarnego jest więc dbałość o to, by rodzice nie brali wolnego, by spokojnie mogli pracować.


Niestety, nie wykorzystaliśmy także tego, że rodzice długo byli w domach z dziećmi. Zamiast włączyć ich w możliwość bliższego poznania swoich dzieci, także w procesie edukacyjnym, wyeliminowaliśmy ich. Udział rodziców mógł uatrakcyjnić proces dydaktyczny.

Nie wyposażono też nauczycieli w kompetencje, które pozwoliłyby przekazywać wiedzę metodami innymi niż wykładowe.

Ministerstwo skupiło się na tym, jak technicznie umożliwić proces kształcenia z domu. Wcześniej nauki zdalnej przecież w ogóle nie było.

Właśnie. A powinno natychmiast organizować szkolenia, jak wykorzystać potencjał internetu – proponować gry edukacyjne czy quizy.

Jak mamy obecnie ratować edukację?

Obyśmy nie poszli w kierunku Wojsk Obrony Terytorialnej – przysposabiania do zawodu nauczycielskiego każdego, kto nie ma pracy, lub kierowania do szkół osób bezrobotnych.

Trzeba przede wszystkim usiąść do rozmów; wsłuchać się w stan nauczycielski. A stan nauczycielski woła o pomoc. Przecież strajk był niczym innym jak wołaniem: rozmawiajmy jak partner z partnerem, a nie pan ze sługą.

Puszczając wodze wyobraźni, marzy mi się utworzenie w Polsce apolitycznego ciała, czegoś na wzór Komisji Edukacji Narodowej, składającego się wyłącznie z ekspertów edukacyjnych, którzy nie są politykami ani członkami partii politycznych, nie zasiadają w ławach poselskich, senatorskich czy rządowych. Takie apolityczne ciało mogłoby przejąć dotychczasowe kompetencje ministra edukacji i stworzyć wieloletnią perspektywę zmiany edukacyjnej opartej nie na doraźnych układach i interesach politycznych, ale na trwałym fundamencie dobra wspólnego i perspektywie rozwoju cywilizacyjno-kulturowego naszego kraju.

Prof. dr hab. Marek Konopczyński jest kierownikiem Katedry Pedagogiki Specjalnej i Działań Twórczych na Wydziale Nauk o Edukacji w Białymstoku, członkiem Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN.