Dziś tradycyjny finał w Wielki Piątek, tym razem zostanie zwieńczony wyjątkowym „Requiem” Alfreda Sznittkego. Kompozytor, posługując się wielowiekową tradycją takiego dzieła żałobnego, wzbogacił w nim orkiestrę o elektryczne gitary.

Po dwóch latach festiwal wrócił do obowiązującego od 26 lat harmonogramu. Odbył się znowu w okresie przedwielkanocnym, zapewniając publiczności bezpośredni kontakt z artystami, choć koreańska KNU Symphony Orchestra poprzestała na streamingowym występie włączonym do programu.

Po agresji Rosji na Ukrainę organizatorzy festiwalu dokonali istotnych zmian w układzie koncertów, usuwając całą muzykę rosyjską

Wielkie imprezy, a do takich należy Wielkanocny Festiwal Beethovenowski (ponad 20 koncertów w Warszawie i w ośmiu innych miastach), potrzebują czasu, by w pełni wrócić do dawnej aktywności. Kolejne edycje powstają w wyniku kilkuletniego planowania. Trudno więc było stworzyć tegoroczny program, gdy jeszcze kilka miesięcy temu zespoły zagraniczne bały się podejmować ryzyko podróży do innych krajów.

Wojna na Ukrainie również nie wszystkich do tego zachęca. A po agresji Rosji na Ukrainę organizatorzy dokonali istotnych zmian w układzie koncertów, usuwając całą muzykę rosyjską. Pozostało jedynie „Requiem” Alfreda Sznittkego.

Choć urodził się w Związku Sowieckim, trudno uznać go za kompozytora rosyjskiego. Pochodzi z rodziny niemiecko-żydowskiej, rodzice wyjechali z Niemiec, gdy narastał tam nazizm, a cała jego poważna twórczość jest wyrazem buntu wobec doktryn obowiązujących w sowieckiej sztuce. A opera „Moje życie z idiotą”, którą napisał już po wyjeździe do Niemiec, to studium ideologicznego zniewolenia.

Nieoczywiste nazwiska

Można się było obawiać, że rezygnacja z muzyki rosyjskiej zuboży hasło tegorocznego festiwalu, który chciał pokazać Beethovena jako ojca wielkich form symfonicznych. To on wytyczył drogę kolejnym pokoleniom twórców, wśród których istotne miejsce zajmują także Czajkowski, Rachmaninow czy Szostakowicz.

Ta rezygnacja przyniosła jednak nieoczekiwane efekty. Zamiast dzieł oczywistych były muzyczne odkrycia, przynajmniej dla polskiej publiczności. Do takich należy choćby czołowy twórca Ameryki Charles Ives. Jego II symfonia z 1902 r. to ciekawe połączenie beethovenowskiej tradycji z muzyką rdzennie amerykańską. Z kolei VII symfonia „Angel of Light”, którą w ostatniej dekadzie XX w. napisał Fin Einojuhani Rautavaara, dowodzi, jak zawstydzająco mało wiemy o muzyce z północy Europy.

Dwa tygodnie to oczywiście za mało, by zaliczyć zaawansowany kurs historii form symfonicznych. Festiwal zaproponował kilkanaście przykładów, od Beethovena aż do Krzysztofa Pendereckiego. Szkoda, że z jego spuścizny wybrano tylko kilka fragmentów wielkich dzieł, bo symfonie za rzadko bywają u nas grywane.

Polski przegląd

Z zagranicznych zespołów przyjechała jedynie Israel Camerata Jerusalem o ładnym brzmieniu i tradycyjnym podejściu do Beethovena. Reszta wieczorów należała do polskich zespołów i taki przegląd polskich instytucji filharmonicznych przyniósł ciekawe rezultaty.

Potwierdziła klasę Sinfonia Varsovia prowadzona tym razem przez pełnego energii Amerykanina Roberta Trevino (błyskotliwe zagrany Koncert na orkiestrę Bartoka). Poza konkurencją są katowiccy muzycy z NOSPR-u. Gdy w nagłym zastępstwie za pulpitem dyrygenckim stanęła przed nimi młoda Włoszka Clelia Cafiero, oni wręcz starali się ją prowadzić, w muzycznie zróżnicowanej „Symfoii fantastycznej” Berlioza, dając przykład czujnego, wspólnego muzykowania.

Świetnie zaprezentowała się orkiestra Filharmonii Łódzkiej pod batutą Pawła Przytockiego i w dojrzałej interpretacji trudnej symfonii Rautavaary. Nową energię ma Filharmonia Krakowskiej, gdy zaczął prowadzić ją Aleksander Humala.

Bardzo rozczarowała orkiestra Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu uważana za ważny zespół na polskiej mapie muzycznej. Pod batutą Giancarlo Guerrery wrocławianie zagrali tak, jakby chcieli udowodnić, że Beethoven był głuchy, komponując IX Symfonię, tyle było kiksów, nieładnych harmonii i złych temp.

Filharmonia Poznańska z Łukaszem Borowiczem jak co roku przygotowała koncertową wersję nieznanej opery. „Don Giovanniego” Giuseppe Gazzanigi słuchało się z zainteresowaniem, choć najpierw należało wyrzucić z pamięci skomponowane później słynne dzieło Mozarta oparte na tej samej historii.

Miał oczywiście festiwal akcenty ukraińskie. Zaczął się od hymnu Ukrainy, nie zabrakło utworu Walentina Silwestrowa i zaproszenia dla 26-letniego polsko-ukraińskiego dyrygenta Yaroslava Shemeta. To jeden z najciekawszych talentów, jaki objawił się w ostatnich latach.

Piątkowy finał należeć będzie do chóru i orkiestry Filharmonii Narodowej oraz jej szefa Andrzeja Boreyki. Można spodziewać się, że ten występ doda wartości całemu festiwalowi.