Podpisał pan pięcioletnią umowę z Netfliksem na 14 ekranizacji pańskich powieści. „Zachowaj spokój” z 2008 roku jest szóstą z nich, drugą nakręconą w Polsce. Nad każdą adaptacją pracuje pan osobiście. Ma pan jeszcze czas pisać nowe powieści?

Teraz, kiedy czwórka moich dzieci jest już dorosła, mogę jednocześnie pisać i pracować dla telewizji. Lubię robić adaptacje, to w zasadzie ta sama praca – zmienia się tylko forma opowiadania. Muszę przyciągnąć uwagę odbiorcy, żeby nie mógł się oderwać od książki albo zarwał noc przy serialu. Tak jak człowiek w jaskini, który przy ogniu opowiadał wymyślone historie swoim słuchaczom.

Angażuje się pan w prace nad scenariuszami czy też w kręcenie zdjęć i montaż?

Zazwyczaj najwięcej pracy mam na początku, przy pisaniu. Ale w przypadku „Zachowaj spokój” uczestniczyłem też później przy montażu i kiedy uzgadnialiśmy dokrętki. Ale moim głównym zadaniem jest opowieść – żeby była dobrze przeprowadzona od początku do końca.

Moja powieść jest jak muzyczna kompozycja, którą napisałem, ale teraz to polski zespół dokonuje nagrania.

Harlan Coben

Da się tak po prostu przeszczepić powieść z Ameryki nad Wisłę?

Popatrzmy na otoczenie bohaterów – mieszkają na eleganckim osiedlu, gdzie wszyscy mają podobne ambicje i życiowe cele: dzieci, dom, samochód na podjeździe i zadbany trawnik. Mówi się na to: American dream, ale tak przecież wygląda życie nie tylko w USA. Również w Polsce, Hiszpanii i innych krajach. To uniwersalny styl życia. Zresztą mam w Polsce olbrzymią liczbę czytelników.

Producenci założyli więc, że Polacy identyfikują się z pańskimi postaciami.

Nie każdą moją książkę dałoby się zekranizować w dowolnym kraju, ale w przypadku „Zachowaj spokój” jest sporo uniwersalizmu. Moja powieść jest jak muzyczna kompozycja, którą napisałem, ale teraz to polski zespół dokonuje nagrania. Nie ma sensu, żeby interpretować wszystkie moje nuty tak samo jak ja. Przeciwnie, zachęcam polską orkiestrę, żeby wniosła do tej historii swoją kulturę i tradycję – to są ich instrumenty. Pisarz musi się godzić z tym, że adaptacja filmowa czy telewizyjna jest pracą zespołową i nie jest w stanie kontrolować wszystkiego.

Ale to pan akceptuje wszelkie odstępstwa od oryginału.

Nie byłoby ich, gdyby mi się nie podobały.

„Zachowaj spokój” to thriller osadzony w rodzinie. Rodzice przekraczają w nim kolejne granice kontroli nad swoimi dziećmi. Z lepszym i gorszym skutkiem. To opowieść społeczna?

Nigdy nie kalkuluję, że gdy ostatnio pisałem kryminał, to teraz napiszę powieść społeczną. Albo że tym razem będzie więcej dramatu rodzinnego, a następnym razem coś o młodzieży. Zawsze staram się, by wszystkiego było po trochu, ale na pierwszym miejscu jest rozrywka. Powieść musi jej dostarczać czytelnikom, bo inaczej nikt po nią nie sięgnie. A jeżeli pisarz z góry zakłada, że on teraz napisze ważną powieść o istotnych problemach społecznych, to zazwyczaj wychodzi z tego nudna książka.

A pan nie miał przed laty podobnych dylematów: kontrolować dzieci czy nie?

To czytelnik musi sam o tym zadecydować. Ja nie odpowiadam na takie pytania, bo wiem, do czego to prowadzi. Gdybym zadeklarował, co powinni byli zrobić moi bohaterowie, zaraz skończyłoby się tak, że czytelnik, wkraczając do świata mojej powieści, byłby uprzedzony: to jest pisarz, który wypowiada się przeciwko ochronie prywatności. Albo przeciwnie: jest za absolutną ochroną prywatności. To prowadzi do tego, że czytelnicy mówią: ten pisarz jest prawicowy, a tamten lewicowy… A ja staram się tego unikać. Ludzie powinni przystępować do lektury bez poczucia, że kryje się za moją historią jakaś ukryta agenda. Najgorsze historie to te, które służą z góry założonej tezie. Moja praca polega na tym, żeby być dyskretnym, to czytelnik ma sobie odpowiedzieć na wątpliwości, a nie Harlan Coben.

Czyli nie odpowiada pan na żadne pytania polityczne?

Praktycznie nigdy. Moją pracą jest pisać książki i prezentuję jak najszersze spektrum postaw. Czasami wymyślam postaci, które reprezentują postawy i stanowiska, z którymi kompletnie się nie zgadzam. Ale muszę być w tym wiarygodny. Praca pisarza na tym właśnie polega, by umieć naśladować różne języki i poglądy, by potrafić się wczuć w każdego: dzieci, młodzież, starszych, w ludzi różnych płci, religii, poglądów. Nawet tych, z którymi się nie zgadzasz. Musisz się wykazywać niebywałą empatią.

Czy w takim razie rozrywka może zmieniać świat na lepsze?

Myślę, że więcej dobrego mogę zrobić, nie opowiadając się jednoznacznie po żadnej stronie konkretnego sporu. Ludzie nie zmieniają poglądów pod wpływem czyjejś opinii. Ale można na nich wpływać za pomocą opowieści. Nie wierzę, że ktoś zmienił kiedykolwiek zdanie pod wpływem czyjegoś tweeta albo wywiadu. Ale można zmienić zdanie poprzez poznawanie cudzych historii – to wzbogaca ludzką wrażliwość. Widziałem się nie tak dawno z moimi znajomymi ze szkoły średniej. Wszyscy dziś mają te same poglądy jak 40 lat temu. Już wtedy mogłem wskazać, kto zagłosuje na Trumpa, a kto na demokratów.