150 lat temu, 23 września 1862 roku, Lew Tołstoj ożenił się z Zofią Bers.

Tekst z archiwum tygodnika "Plus Minus"

10 listopada 1910 roku. Tołstoj, udręczony ciągłymi awanturami, nieszczęśliwy, zaszczuty we własnym domu, przewraca się w łóżku. Od 30 lat marzy o ucieczce. Kilka razy próbował. Kiedyś był już nawet w połowie drogi do Tuły, ale zawrócił dręczony wyrzutami sumienia – żona Zofia Andrejewna była wtedy w ciąży. Teraz czuł tylko rozpacz i strach. Byle jej nie zbudzić. „Bo wtedy urządzi scenę i już bez sceny wyjechać się nie da”.

Wstaje o trzeciej w nocy, budzi córkę Saszę i osobistego lekarza Duszana Makowickiego. Po cichu pakują rzeczy. W ciemności Tołstoj pomylił drogę do stajni, uderzył głową w drzewo, runął na ziemię. Podniósł się z trudem. Miał 82 lata i choć pozostał mężczyzną potężnym i silnym, doganiała go starość. Tylko na koniu czuł się młody. I wolny. Ostatnio uciekał od domowej duchoty i ciągłej obserwacji, jeździł po 20 wiorst dziennie. Uczepiony końskiej grzywy pokonywał głębokie jary, skakał przez zwalone konary, niedawno spadł z konia, przeczołgał się przez lodowaty strumień i pognał dalej.

Wyruszyli z Makowickim o piątej rano. Córka zdołała wcisnąć doktorowi 300 rubli, Tołstoj miał przy sobie 40. Najpierw konno do stacji, a potem pociągiem na południe. Jeszcze bez planu, aby dalej i nie zostawiając za sobą śladów. Gdyby nie pośpiech, szedłby w onucach piechotą. Już nieraz pokonał drogę z Jasnej Polany do Moskwy – 160 kilometrów. Zaraz po ślubie, ledwo zajechali na miejsce, zabrał Zofię Andrejewną na 15-kilometrowy spacer.

Nienawidził kolei. Przed wielu laty, opuszczając obrzydły mu Paryż, pisał do przyjaciela po piórze, Turgieniewa: „Na Boga, niech i pan wyjedzie, gdziekolwiek, byle tylko nie koleją żelazną. Kolej dla podróży to jak burdel dla miłości, równie wygodne, a zarazem nieludzko machinalne i zabójczo monotonne”. Teraz już z miłości nic nie zostało, tylko wieloletni żal i gorycz rozczarowania. Wszystko stracone. Przesiadali się z Makowickim często, żeby zmylić pogoń, ale Tołstoja wszyscy w Rosji znali, zdejmowali czapki, kłaniali się nisko, wiwatowali, chcieli rozmawiać. Jeszcze daleko nie odjechał, a dowiadywał się o swoim losie z gazet. W domu w Jasnej Polanie zjawili się dziennikarze i wypytywali Zofię, czemu pisarz ją opuścił.

Zostawił jej list. Wielu poprzednich, pisanych we wściekłości i rozpaczy, nie dokończył. Palił je i darł. W tym ostatnim szuka zgody i spokoju: „Odjazd mój zasmuci Cię. Żałuję tego, lecz zrozum i wierz, że nie mogłem postąpić inaczej. Sytuacja moja w domu (...) stała się nie do wytrzymania. (...) nie mogę żyć dłużej w tych formach zbytku, w jakich żyłem, i czynię to, co zwykle czynią starcy w moim wieku: odchodzę od spraw świata, aby w samotności i ciszy dokonać ostatnich dni swego żywota. Proszę Cię, zrozum to i nie jedź do mnie”. Zofia Andrejewna znalazła list rano. Po przeczytaniu w amoku wybiegła na pomost, poślizgnęła się i wpadła do wody, ale prędko ją wyciągnięto. Melodramat, histeria – to była jej gra. Wielokrotnie straszyła Tołstoja samobójstwem, wybuchała płaczem, krzykiem. Raz na jego oczach udawała, że pije truciznę. Nocami strzelała z kapiszonów, by myślał, że się zabiła. Teraz chciała jechać za nim, ale Sasza przezornie ściągnęła do Jasnej Polany rodzeństwo, by wspólnymi siłami powstrzymać matkę. Udało się jedynie opóźnić jej wyjazd.

Żona na bocznicy

Tołstoj z Makowickim kierowali się na południe – myśleli o przedostaniu się do Bułgarii albo na Kaukaz, choć pisarz najszczęśliwszy byłby pewnie w stepach baszkirskich – wśród dzikich koni, daleko od miast i ludzi. Wracał tam wielokrotnie, sypiał w jurtach, stosował terapię kumysem, kupował ziemię. Marzył, by tam żyć, ale Zofia Andrejewna odpisywała jasno: „Na to pustkowie nie przeniosę się nigdy”.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

W pociągach miejsc nie było, podróżowali więc z Makowickim czwartą klasą – zatłoczoną i duszną. Tołstoj wychodził na przedni pomost, by odetchnąć. Stał godzinami w rozpiętym futrze, wdychając mroźny wiatr. Szybko pojawiła się gorączka i przeziębienie. Carska żandarmeria odnotowała, że pisarz dotarł pociągiem nr 12 do stacji Astapowo. Zawiadowca odstąpił choremu swoje mieszkanie. Wezwano lekarzy z Moskwy, ale na zapalenie płuc u starca nic nie mogli poradzić. Świat wsłuchiwał się w ciężki oddech Tołstoja. Maleńkie Astapowo było oblężone. Fotografowie i korespondenci zagranicznych gazet koczowali pod drzwiami albo upijali się i hałasowali w kolejowym barze. Zofia Andrejewna czekała w wagonie na bocznicy, nie pozwalano jej zobaczyć się z mężem „ze względu na dobro pacjenta”.

Do Petersburga płynęły telegramy: największy rosyjski pisarz nie powinien umierać w takim miejscu! Budynek stacji obstawiła żandarmeria – Mikołaj II spodziewał się zamieszek. Może słusznie, bo mówiło się wtedy, że Rosja ma dwóch carów – jednego w Petersburgu, drugiego w Jasnej Polanie. Tołstoj otrzymywał listy w 26 językach, był ważną instytucją – pisano do niego w sprawach filozoficznych, w kwestiach porad miłosnych, a często – z prośbą o pieniądze.

Gdy zimą przyjeżdżał z rodziną do moskiewskiej willi, otaczały go tłumy. Ludzie wyrzucali czapki pod niebo, a potem tłumnie odprowadzali na dworzec, biegli za pociągiem. Widzieli w nim bohatera i bojownika, choć Tołstoj – jak Gandhi, z którym wymieniał listy – wyrzekał się przemocy. Pisał, że nie wolno bronić się agresją. Jak pisał, tak żył, więc miał zszargane nerwy po napaściach ze strony żony i dzieci. Prawie zawsze ustępował, usuwał się. Wielki człowiek, którego carat miał za wroga, rosyjski lud – za jedynego obrońcę, a świat – za genialnego pisarza, we własnym domu skarlał do roli dziwaka, uciążliwego starca, pogardzanego i nienawidzonego przez synów, szantażowanego przez żonę.

Zaraz po ucieczce z Jasnej Polany, gdy tylko wsiadł do pociągu, poczuł, że „strach mija, budzi się litość nad nią (Zofią Adrejewną – przyp. red.), ale nie wątpliwość, czy zrobiłem to, co należy. Zdaje mi się, że ratowałem siebie, nie Lwa Nikołajewicza, lecz to, co czasem i choćby odrobinę istnieje we mnie”.

Umierał z poczuciem klęski – własnej, ale i większej – rosyjskiej. Nie zdołał zmienić swego życia, myślał o nim z ohydą – nie zbliżył się do ideału chłopskiej rodziny, żyjącej z pracy własnych rąk. Jego dzieci były darmozjadami i utracjuszami. Żona wydzierała z niego pieniądze, żądała, by pisał nową „Annę Kareninę”, „Wojnę i pokój”, za które świat obsypałby go rublami. A Tołstoj chciał rozdać majątek chłopom, w jednej koszuli iść z pługiem w pole. Zakładał jadłodajnie, karmił kilka tysięcy wygłodniałych ludzi. Otworzył wiejską szkołę, szybko jednak zamkniętą z carskiego rozkazu.

Rosja początku XX wieku była w jego oczach coraz bliżej diabła – dla idealisty zwróconego ku przyszłości powstające fabryki, maszyny i tląca się rewolucja zapowiadały katastrofę. Tołstoj utopista chciał zawrócić świat, nienawidził miast, przemysłu i kawiarnianych rozmów – wychwalał życie na wsi, był zafascynowany przyrodą, godzinami obserwował pszczoły. Szukał odpowiedzi w Europie, w rozmowach z Hercenem, w studiowaniu Biblii, w cerkwi i u mnichów. Przeżywał kolejne rozczarowania. Wychodził na drogę przed Jasną Polaną, po której chodzili pątnicy, chłopi z bydłem i inni „ludzie boży”, jak mówiono o szaleńcach. Rozmawiał, słuchał o ich życiu, o beznadziei. Nie znalazł lekarstwa na ubóstwo chłopów, jedyne, czego chciał, to być z nimi. A był z rodziną, która go nie rozumiała i straszyła, że ogłosi niepoczytalnym.

Piękna i chłopka

Tołstoj cierpiał jako myśliciel, który nie potrafił znaleźć sobie miejsca w zmieniającej się Rosji, ale te bolączki mógł przetrawiać, pisząc. Był tytanem pracy. Jego biograf Wiktor Szkłowski ujmuje to obrazowo – Tołstoj napisał tyle, że samo przepisanie jego prac przyprawiłoby innego autora o zawał serca. Literatura była dla Tołstoja miłością spełnioną, jednak nie koiła rozczarowania życiem rodzinnym ani goryczy niespełnionych marzeń. Małżeństwo Tołstoja i uczucie do Zofii Andrejewny to część życiorysu, którą trudno w ogóle dopasować do obrazu człowieka wciąż wygrywającego w czytelniczych plebiscytach na największego pisarza XX wieku.

Ale i wcześniej biografowie byli skrępowani, pisząc o dramatycznych awanturach, nocnych szarpaninach i histeriach rodem z tanich czytadeł. Tołstoj źle się ożenił, sam sprowadził nieszczęście na siebie i dużo młodszą od siebie dziewczynę. Chciał reformować Rosję, ale w czasach, gdy kraj zachwycał się George Sand, a Turgieniew pisał o wyzwoleniu kobiet, Tołstoj hołdował ideałom patriarchalnej rodziny szlacheckiej. Zamierzał sobie żonę „ułożyć”, bo od kobiety oczekiwał przede wszystkim posłuszeństwa i prowadzenia domu. Był w tym względzie nieznośnym moralistą, który zamęczał edukacyjnymi wywodami poprzednią ukochaną Walerię Akseniewą, która dzielnie jego wykłady przetrwała i na ślub się zgodziła, tyle że – gdy już wszystko było umówione – Tołstoj wsiadł w pociąg i uciekł do Francji.

Kilka lat później, gdy był już zdeterminowany, by się żenić, nastoletnia Zofia Bers, śliczna brunetka o drobnej twarzy, wydatnych, ładnie wykrojonych ustach i ciemnych, melancholijnych oczach poślubiła w 1862 r. dużo starszego pisarza – brodacza o krzaczastych brwiach i odstających uszach.

Tołstoj jeszcze przed ślubem popełnił błąd – dał narzeczonej do przeczytania swe dzienniki, w których opisał wszystkie dotychczasowe miłości, także tę do Aksinii Bazykinej, chłopki. Ta wiedza już na zawsze ciążyła Zofii Andrejewnej, stała się przyczyną rosnącej zazdrości. Zaraz po przyjeździe do Jasnej Polany Zofia dowiedziała się od pomywaczek, która to „luba dziedzica”. Po latach w nocy śniła o tym, że bierze do rąk nowo narodzone dziecko Aksinii i rozrywa na strzępy. Syn Aksinii i Tołstoja, Timofiej, gdy dorósł, był stangretem w Jasnej Polanie. Dzieci Tołstojów traktowały go jak brata.

Nienawiść, niechęć, zniewolenie – i Tołstoj, i Zofia poczuli to od razu. Pisarz zanotował w dzienniku: „W dniu ślubu strach, nieufność i pragnienie ucieczki. Triumf obrzędu”. A o młodej żonie: „Zapłakana. W karecie. Ona wszystko zna po prostu”. Zofia Andriejewna także prowadziła dziennik, krótko po ślubie pisała: „Gdybym mogła go zabić, a potem stworzyć na nowo, dokładnie takiego samego, zrobiłabym to z przyjemnością”. I kilka lat później: „Jest mi wstrętny z tym swoim ludem. Powinien wybrać: albo ja jako przedstawiciel rodziny, albo lud obdarzony tak wielką miłością. Niech tam. Ja dla niego żyję, nim żyję, tego samego chcę, a jest mi duszno i ciasno tutaj, i dzisiaj uciekłam, bo wszystko stało mi się wstrętne... Jeśli ja go nie interesuję, jeżeli jestem lalką, tylko żoną, a nie człowiekiem, to tak żyć nie mogę i nie chcę”.

Tołstoj oddawał się pracy, rozmyślaniom nad losami świata, rozprawiał z chłopami, a Zofia martwiła się, jak utrzymać dom. Była sama, zwykle przygnębiona i zła. Wbrew odczuciom pisarza nigdy nie prowadzili wystawnego, a nawet dostatniego życia. Młody hrabia Lew Tołstoj przegrał rodzinny majątek w karty, gdy służył w wojsku pod Sewastopolem. Potem odkupił oficynę i dobudował kilka pomieszczeń, ale w ocenie biografów dom był zawsze prosty, wręcz prymitywny, ze zbieraniną mebli (w gabinecie Tołstoja do śmierci stała otomana, na której się urodził). Tylko w dwóch pokojach na podłodze leżała klepka, a służba – aż do przybycia Zofii Adriejewny – spała na podłodze na wojłokach.

Młoda żona musiała zająć się majątkiem i martwić o pieniądze – urodziła Tołstojowi ośmioro dzieci. Z czasem do Jasnej Polany wprowadzali się inni krewni, trzeba było wykarmić 38 osób, nie licząc służby. Wokół surowego domu kwitł piękny ogród z pachnącym groszkiem, georginiami, nasturcjami i różami. Ale bujne sady trzeba było wydzierżawić, dzieci nie mogły tam nawet wejść, by zerwać jabłko.

Dziennik złych dni

Zofia Andriejewna miała dobre intencje i przez lata starała się towarzyszyć Tołstojowi w jego działaniach społecznych. Angażowała się w filantropię, wiejską szkołę i dokarmianie chłopów, ale miała też żal. Gdy godzinami opowiadał o szkolnych dzieciakach, zapisywała w dzienniku: „Szkoda tylko, że własne dzieci niezbyt pokochałeś. Gdyby były dziećmi chłopki, byłoby całkiem inaczej”. Tołstoj spędzał z dziećmi czas, ale po swojemu – zabierał je do chłopów, żeby pomagały w polu. Tymczasem Zofia zajmowała się gospodarzeniem, przetworami, układaniem jadłospisu, czytaniem, grą na fortepianie, a przede wszystkim zazdrością i tęsknotą. Gnębiły ją myśli o Aksinii. „Odchodzę od zmysłów. Jadę na spacer. To ją tak kochał. Żeby tak spalić jego dziennik i całą jego przeszłość”. Zazdrosna żona się nie myliła – Tołstoj nie pogodził się z utratą dawnej namiętności, dręczyły go wyrzuty sumienia. Pół roku przed śmiercią pisał: „Popatrzyłem na bose nogi, przypomniałem sobie Aksinię i to, że ona żyje (...), a ja nie proszę jej o przebaczenie, nie wyrażam skruchy co godzinę, a śmiem potępiać innych”. Po wielu latach małżeństwa Tołstoj napisał „Diabła” – opowieść o współżyciu w obłudzie; wrócił w książce do swego młodzieńczego przekonania: „Ożenić się z panną, to narzucić sobie całą truciznę cywilizacji”.

Przez lata żyli obok siebie, w niezrozumieniu i samotności. „Jesteś zły, jesteś dzikie zwierzę!” – krzyczała Zofia. „Ja mu zarzucałam żądzę sławy i próżność, on krzyczał, że mnie tylko potrzebne pieniądze i że głupszej i bardziej zachłannej kobiety nie spotkał”. Doszło do tego, że przestali ze sobą rozmawiać, kontaktowali się przez wpisy w dziennikach, dawali je sobie do przeczytania. A pisali w najgorszych chwilach, dlatego dziś łatwiej odtworzyć ich konflikty niż pogodne dni.

Z pamiętnika Zofii Andrejewny: „Lowoczka lubi żyć patetycznie i sam się tym delektować. I mnie nauczyło to żyć swoim oddzielnym, maleńkim duchowym życiem. On coś pisze, słyszę to, na pewno też dziennik. Ja już prawie tego nie czytuję. Ja tylko zaczynamy czytać to, co napisze drugie z nas, od razu stajemy się nieszczerzy”.

Cierpiał także Tołstoj. Dręczyła go bezsenność, napady lęku, w połowie lat 70. rozmyślał o samobójstwie, sam chował przed sobą sznurek. Po opublikowaniu „Wojny i pokoju”, gdy w Jasnej Polanie nastał czas, który biografowie określają jako względnie szczęśliwy, pisarz notował: „Czemu się smucę, czego się boję?”. Próbował się modlić, trochę uspokajało go czytanie Ewangelii. Ale dom i histeryczne ataki żony nieustannie go męczyły. Raz po awanturze wyszedł do sadu, spotkał chłopa, który widząc przybitego pisarza, powiedział: „W naszym prostym stanie to się leje rzemieniem”.

Ostatnim aktem małżeńskiej tragedii była walka o spadek. Trwała, z grubsza licząc, kilka lat. Wreszcie stary Tołstoj zdecydował się na ucieczkę z domu, w którym toczyła się wojna. „Cała rodzina – pisze Wiktor Szkłowski – rozlokowała się na różnych szczeblach niezrozumienia”. Pisarz postanowił oddać całą swoją twórczość na cele społeczne, zrzec się wynagrodzenia za nią. Chodziło o kwoty ogromne, za same dzieła zebrane wydawcy chcieli płacić milion rubli. A wiele było pism nieopublikowanych.

W tajemnicy przed żoną i resztą rodziny pisarz sporządził testament, podpisał go w lesie, na pniu, w obecności dwóch świadków. Dokument pozbawiał rodzinę praw do zysków z jego gigantycznego dorobku, prawami autorskimi rozporządzać miała ukochana córka Sasza. O istnieniu pierwszej wersji testamentu (było ich kilka) Zofia Andriejewna dowiedziała się dziwnym przypadkiem. Gdy pewnego dnia Tołstoj zemdlał, zdejmowała mu buty, z cholewy jednego z nich wypadł mały notes z tajnymi zapiskami, których w domu nie mógł bezpiecznie ukryć. Zofia Andrejewna zgotowała melodramatyczną scenę próby samobójstwa. Odtąd wraz z synami codziennie gnębiła go o pieniądze. Testament i wyjazd być może pozwoliły Tołstojowi ocalić ową „cząstkę siebie”, o której pisał żonie w ostatnim liście. Ale ona, po 48 latach małżeństwa, została bez środków do życia.

Ostatecznej rozmowy ani pojednania nie było. Zofii pozwolono zobaczyć męża, gdy był już nieprzytomny i podawano mu tlen. Zmarł w Astapowie 20 listopada 1910 r., kilka minut po szóstej rano.

Korzystałam m.in. z biografii „Lew Tołstoj” Wiktora Szkłowskiego(W.A.B., 2008 r.) oraz „Lew Tołstoj” Antoniego Semczuka(Wiedza Powszecha, 1987 r.)

Listopad 2010