Od „Rusałki" Antonina Dvořaka rozpoczął się w weekend XIX Bydgoski Festiwal Operowy, do 13 maja będzie prezentował najlepsze spektakle z kraju oraz gości zagranicznych.

W trudnych czasach tak kosztowna impreza może wydać się ekstrawagancją, ale przez lata festiwal zyskał publiczność, której nie może zawieść. A gospodarza – Operę Nova – utwierdza w przekonaniu, że nie tylko trzeba mieć ambicje, ale po prostu warto istnieć.

Gdyby jakiekolwiek miasto w państwie doceniającym wartość kultury dysponowało równie pięknym gmachem teatralnym z profesjonalnym zespołem, z tej instytucji uczyniono by wizytówkę regionu. Dzięki niej promowano by się w Europie.

Samorządowcy kujawsko-pomorscy przeprowadzają natomiast  eksperyment: jak dalece można obciąć budżet Opery Nova – i tak jeden z najmniejszych w kraju – by nie trzeba jej zamykać?

To kolejny teatr w kraju na niełasce samorządu, w Warszawie dogorywa właśnie Warszawska Opera Kameralna. Operze Nova dotację zmniejszono niedawno o około 1,5 mln zł. Pieniędzy starcza teraz tylko na jedną premierę rocznie (drugą odwołano), a przy wsparciu sponsorów – także na Bydgoski Festiwal Operowy.

Operę Nova ta impreza jednak mobilizuje. Mimo kłopotów „Rusałka" jest spektaklem zrealizowanym bez taryfy ulgowej. Bydgoski zespół przywraca polskim scenom jedną z najpiękniejszych oper schyłku XIX wieku, prezentując ją na wysokim poziomie muzycznym.

Z „Rusałki" wydobyto to, co zamyślił sobie kompozytor. Orkiestra pod dyrekcją Macieja Figasa gra tak, by pokazać ciekawą instrumentację utworu, piękne, acz niebanalne melodie, a także fakt, iż Dvořak doskonale orientował się w prądach epoki i potrafił twórczo wykorzystać idee Wagnera.

Tym przedstawieniem Opera Nova składa też hołd swemu miastu. Pierwszy obraz jest urzekający: na scenie wyłania się z nocnej mgły pieczołowicie odtworzony przez scenografa Mariusza Napierałę jeden z bydgoskich mostów. Przechadzają się po nim mieszkańcy, w dole, w rzece, żyją nimfy. Tak zaczyna się opowieść o rusałce, która zapragnęła ludzkiej miłości, i o księciu zakochanym w nieziemskiej istocie.

„Rusałka" jest baśnią, ale też historią o konflikcie dwóch światów, o marzeniach, za które warto umrzeć. Reżyserka Kristina Wuss – wzorem swoich niemieckich kolegów – postanowiła dodać Dvořakowi intelektualnej głębi. Z każdą sceną mnożyła więc rekwizyty lub postaci i w końcu pozbawiła spektakl estetycznej klarowności, a czasami nawet sensu.

Na szczęście nie udało się jej całkowicie wytłumić emocji, nie pozwolili na to wykonawcy. Bydgoski spektakl zrealizowany własnymi siłami ma wysoki poziom. Dobrze wypadli Anetta Szczecik-Wakarecy (Jerzibaba) i Jacek Greszta (Wodnik). Młodej Magdalenie Polkowskiej brakuje jeszcze ekspresji, ale w momentach lirycznych jako Rusałka była autentycznie wzruszająca.

Najdojrzalszą kreację stworzył Tadeusz Szlenkier, jego głos ładnie dojrzewa, więc w partii Księcia mógł zaprezentować wszystkie jego walory. Oby teatry nie zaczęły go teraz nadmiernie eksploatować, bo tej klasy tenorów bardzo w Polsce brakuje.