Tymczasem nieoczekiwanie wdali się w kolejną awanturę. Tym razem poszło o francuska kulturę. Elity znad Sekwany niezwykle zbulwersował artykuł magazynu „Time”, w którym publicysta Don Morrison ubolewa nad zaściankowością współczesnego kina francuskiego, literatury, malarstwa i muzyki.

Zdaniem autora dziedziny te upadają pomimo olbrzymich pieniędzy, jakie rząd pompuje w rodzimą kulturę. „Francja, kiedyś podziwiana za wspaniałych pisarzy, malarzy i muzyków, dziś jest schyłkową potęgą na globalnym rynku kultury” – pisze Morrison. „Większość francuskich filmów to „przyjemne, niskobudżetowe szmiry na lokalne potrzeby”, tylko garstka nowych powieści jest wydawana poza Francją, a Paryż, niegdyś stolica sztuki, ustąpił miejsca Londynowi i Nowemu Jorkowi.

Według publicysty Francuzi nie doczekali się następców Debussy’ego, Ravela, Edith Piaf czy Charlesa Aznavoura. „Czy potraficie wymienić choć jednego żyjącego francuskiego artystę światowej sławy?” – pyta prowokacyjnie „Time”. Autor potrafił wskazać tylko jednego: podstarzałego piosenkarza Johnnego Hallydaya.

Ostry odpór tym zarzutom dał na łamach „Le Figaro” pisarz Maurice Druon. „Nie, kultura francuska nie umarła!” – twierdzi. Jego zdaniem amerykański autor myli kulturę z rozrywką. „Czy wartość artysty mierzy się tylko dolarami?” – pyta Druon.

Zdaniem komentatora „Le Nouvel Observateur” problem tkwi w amerykańskiej definicji francuskiej kultury. „Jeżeli jakaś zasada matematyczna mogłaby ją streścić, wyglądałaby ona mniej więcej tak: De Gaulle + Sartre + Bagietka + piersi Sophie Marceau = kultura francuska” – pisze Didier Jacob.

– „Time” poświęcił naszej kulturze cztery strony! I to świadczy o jej zaniku?! – ironizuje w rozmowie z „Rz” Gerard Lefort z gazety „Libération”. – Amerykanie nie są w stanie pojąć, że jest jeden kraj na świecie, który broni się przed amerykanizacją kultury. To właśnie Francja – mówi Lefort.