95 lat temu, 30 czerwca 1917 roku, urodziła się Lena Horne, aktorka i piosenkarka (zm. 2010).

Tekst z archiwum tygodnika Plus Minus

Był rok 1944, trwała wojna. Czarnoskóra piękność Lena Horne od roku miała status wielkiej gwiazdy filmowej, a jej musicalowy przebój „Stormy Weather” nucili wszyscy. Właśnie ruszyła w trasę sponsorowaną przez hollywoodzkie studio Metro Goldwyn Meyer. Swym kryształowym głosem i romantycznymi balladami umilała czas amerykańskim chłopcom w bazach wojskowych. Gdy wyszła na scenę w Fort Reilly w Kansas, zobaczyła to co zwykle: na najlepszych miejscach siedzieli jeńcy niemieccy, a czarnoskórzy żołnierze tłoczyli się w ostatnich rzędach. Przemaszerowała z mikrofonem na koniec sali i zaśpiewała piosenki tylko dla nich. A potem wniosła oficjalną skargę do Narodowego Komitetu na rzecz Postępu Osób Kolorowych. Należała do tej organizacji, odkąd skończyła dwa lata. Zapisała ją babcia, która była jedną z najprężniejszych działaczek, a do tego skończyła college, co wówczas stanowiło wyczyn nawet wśród białych kobiet. „Babcia nauczyła mnie jednego – patrzeć ludziom w oczy i mówić: »Nie podoba mi się to«”. Najdobitniej Horne wyraziła to w połowie lat 60. wobec mężczyzny, który w restauracji w Beverly Hills nazwał ją małym czarnuchem. Oberwał lampą, popielniczką i kilkoma szklankami.

Byle nie prostytutka

Już jako nastolatka była piękna, utalentowana, elegancka i wyniosła, a do tego dumna i miała niewyparzony język. Urodziła się w 1917 r. na Brooklynie w dobrze sytuowanej rodzinie. Jej dziadek był niewolnikiem, a później deputowanym na konwencję republikańską w 1884 r., gdzie mówił: „By w pełni dorównać białemu człowiekowi, niezbędne są nam bogactwo i edukacja”. Wuj pracował jako doradca Roosevelta, a matka była aktorką rozkwitającego w latach 20. tzw. czarnego teatru. I tylko ojciec – hazardzista dużego kalibru – wyłamywał się z tego imponującego obrazka.

Lena Horne onieśmielała manierami i szykiem, gdy Murzynów uważano za dzikusów. Nie bała się, to inni bali się jej. O bossach Hollywood była najgorszego zdania. „Nigdy nie marzyłam o graniu w filmach, nie wierzyłam w mit srebrnego ekranu. Wiedziałam, jak portretowani są w kinie czarni”. We wczesnych latach 40. Murzynki pojawiały się na ekranie tylko jako służące, kobiety upadłe albo półnagie mieszkanki dżungli. Horne znała już swą wartość i smak upokorzeń, nie miała ochoty na kolejne. W 1942 r., gdy rozkwitające studio Metro Goldwym Meyer poszukiwało ślicznotek do przebojów kina dźwiękowego, dostała propozycję kontraktu.

Zjawiła się w biurze Louisa B. Meyera z ojcem, który oświadczył, że stać go na własne służące, a córkę interesują tylko poważne artystyczne propozycje. Meyer przełknął ślinę i bez słowa usiadł w fotelu. W siedmioletnim kontrakcie Leny Horne zapisano, że nie będzie grać pokojówek i prostytutek. Za pracę na planie dostanie tysiąc dolarów tygodniowo, a za każdy koncert – sześć razy tyle. Hollywood miało swą pierwszą czarnoskórą gwiazdę, zatrudnioną na takich warunkach jak białe boginie celuloidu.

Horne zmieniła popularny wizerunek czarnej kobiety – ją pierwszą przemysł filmowy potraktował poważnie. Uchodziła za ekskluzywną piękność i symbol magnetyzującego seksapilu. Dostawała efektowne role, szykowne stroje, świetne gaże. Ale nawet gdy przedarła się do elity, była dyskryminowana.

Wystąpiła w dwóch znakomitych filmach muzycznych – „Stormy Weather” i „Cabin in the Sky”. W pierwszym grała spragnioną sławy piosenkarkę, w drugim – małomiasteczkową uwodzicielkę. Na ekranie towarzyszyła jej plejada czarnoskórych gwiazd, m.in. Louis Armstrong, Cab Calloway i Ether Waters. Były to jednak przeboje kina rasowego, skierowanego do afroamerykańskiej publiczności. W innych obrazach udział Horne ograniczał się do śpiewania piosenek, które łatwo było wyciąć, gdy filmy prezentowano w kinach na południu kraju. „Nikt nawet nie pomyślał, by umieścić mnie w scenie z dialogiem” – mówiła po latach. Historycy kina piszą, że uprzedzenia filmowców pozbawiły Hollywood jednej z najbardziej utalentowanych śpiewających aktorek w historii. W 1969 r. dostała co prawda główną rolę w westernie, przyjęła ją, ale skwitowała komentarzem: „To za mało, zbyt późno”.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Frustracja Horne rosła: angażowano ją rzadko, także dlatego, że odrzucała role, które uważała za upokarzające. Walczyła o prawa czarnych aktorów. „Byłam sceptycznie nastawiona do Hollywood, a kiedy zobaczyłam, jak się sprawy mają, chciałam odejść”. Count Basie, jeden z najgenialniejszych muzyków tamtych czasów, powiedział jej: „Oni nieczęsto dają nam szanse. A kiedy dają, trzeba je brać”.

Została, ale nie miała złudzeń. Nienawidziła, gdy reklamowano ją jako czekoladowego Kopciuszka, kawę z mlekiem albo dziewczynę w sepii. „Otrzymałam najgorszą z możliwych odmian tolerancji. Ponieważ miałam jasną cerę, byłam unikalna jako ten typ Murzynki, którą biali mogli zaakceptować. Nie podziwiano mnie za talent ani dokonania, wyłącznie za wygląd”.

Nie ustępować miejsca

Mogła występować w Hollywood, ale oficjalnie nie mogła tam mieszkać. Apartament wynajął na swoje nazwisko jej biały agent, a przed atakami sąsiadów obronił ją mieszkający naprzeciwko Humphrey Bogart. Mogła błyszczeć na planie, ale dopiero, gdy makijażystki pokryły jej twarz specjalnie stworzonym przez Max Factor rozjaśniającym podkładem Light Egyptian. Mogła śpiewać w ekskluzywnych hotelach Las Vegas i Miami, lecz nie mogła się w nich zatrzymać. Mogła rozdawać autografy, ale na południu USA nie wolno jej było usiąść z przodu autobusu. Jej drugim mężem był słynny białoskóry agent, którego poślubiła – co przyznała po latach – z wyrachowania. „Wprowadził mnie w miejsca, do których czarni nie mieli dostępu. Z czasem go pokochałam”. Dzięki niemu trafiła do Carnegie Hall i Waldorf Astorii, jednak gdy wiadomość o ich ślubie się rozeszła, musieli kupić broń i otoczyć dom murem.

Miała niezwykły status: była ikoną kina i gwiazdą ekskluzywnych sal, śpiewała wyszukane jazzowe ballady. Latała do Paryża i Londynu, spotykała się z Edith Piaf, Orsonem Wellesem i Avą Gardner. Na scenie występowała z Genem Kellym i Judy Gardland, zarabiała 13 tysięcy dolarów tygodniowo. Tymczasem pewnego dnia w 1955 r. Rosa Parks, 42-letnia pracownica sklepu w Montgomery, odmówiła ustąpienia białym pasażerom miejsca w autobusie. Afroamerykanie podnieśli głowy, rodził się ruch praw obywatelskich. „W latach 60. zrozumiałam, że mój repertuar nie ma nic wspólnego z wydarzeniami w USA. Każdy – czarny czy biały – jeśli wierzył w demokrację, nie mógł już stać z boku”. Zaczęła głośno żądać zakwaterowania w hotelach, w których śpiewała. Brała udział w kampaniach i protestach, korzystała z popularności, by zbierać fundusze dla organizacji afroamerykańskich. Uczestniczyła w marszu na Waszyngton, domagała się od Roberta Kennedy’ego działania w sprawie desegregacji. „Wreszcie jestem sobą. Jestem czarna, nie jestem sama. Jestem wolna” – mówiła wtedy.

Ale dopiero 20 lat później na Broadwayu, w obsypanym nagrodami monodramie „The Lady and Her Music” Lena Horne w pełni się odsłoniła. Zniknęła chłodna, wyniosła maska. „Nareszcie nie muszę być dla nikogo wzorem ani pionierką. Nie muszę być imitacją białej kobiety, o której marzy Hollywood. Jestem sobą, nikim innym”. Jeszcze w latach 90. Horne nagrywała świetne płyty, dostawała Grammy.