Jeszcze w czwartek sukces polskiej dyplomacji wydawał się spektakularny. Ledwie siedem miesięcy po nowelizacji ustawy o IPN, którą w Izraelu uznano za próbę rewizji pamięci o Holokauście, konferencja w Warszawie umożliwiła pierwsze od 30 lat zbliżenie między Tel Awiwem a krajami arabskimi. A premier Netanjahu miał na początku tego tygodnia powitać przywódców Polski, Czech, Węgier i Słowacji – znak, że nikt w Unii nie rozumie lepiej od nich izraelskiej polityki powstrzymania Iranu i pokoju z Palestyńczykami.
Czytaj także:
Ale wystarczyła piątkowa niejednoznaczna odpowiedź Netanjahu w muzeum Polin na pytanie o udział Polaków w Zagładzie, aby uruchomić z obu stron lawinę emocjonalnych oskarżeń, która zmiotła negocjowane na chłodno porozumienie. Po wypowiedzi p.o. szefa dyplomacji Israela Katza o „Polakach, co wyssali antysemityzm z mlekiem matki", Morawiecki odwołał udział Polski w szczycie. Wypowiedź ministra nazwał „karygodnymi, niedopuszczalnymi i rasistowskimi słowami".
– Holokaust jest niezwykle wrażliwym tematem dla uratowanych z Zagłady, ich dzieci i wnuków. Netanjahu próbował wyjaśnić swoją deklarację, ale pięć tygodni przed wyborami nie mógł też stworzyć wrażenia, że ulega polskiemu dyktatowi w tej sprawie – mówi „Rzeczpospolitej" Awi Scharf, jeden z naczelnych gazety „Haarec". Ale w Jerozolimie przyznają, że konserwatywny rząd Polski także nie mógł pozwolić sobie na takie naruszenie narodowego honoru.