Korespondencja z Brukseli

W poniedziałek w kwaterze głównej sojuszu północnoatlantyckiego w Brukseli spotkają się przywódcy 30 państw członkowskich. To pierwsza okazja do bezpośredniej rozmowy z prezydentem Joe Bidenem. I choć wszyscy spędzą w kwaterze przynajmniej pół dnia, to samo spotkanie ograniczono zaledwie do 2,5 godziny. Wcześniej przez trzy godziny będą trwały przyjazdy, powitania, zmiany maseczek i inne procedury sanitarne, rodzinne zdjęcie, obiad i może nieformalne rozmowy dwustronne w kuluarach.

Świat się zmienił

Oficjalnie ograniczone ramy czasowe szczytu pozwoliły uniknąć kontrowersji z dopraszaniem na osobne spotkania państw partnerskich. Nie będzie więc prezydenta Ukrainy Wołodomyra Zełenskiego, z którym amerykański prezydent nie chce rozmawiać przed środowym spotkaniem z Władimirem Putinem.

Ale z drugiej strony nie będzie też dodatkowych formatów azjatyckich, o których marzyłoby się Waszyngtonowi. Nie znaczy to jednak, że tematu Azji nie będzie na szczycie NATO. Wręcz przeciwnie – prezydent Biden uważa Chiny za tak ważne zagrożenie dla Zachodu, że chce o nich rozmawiać na wszystkich forach. Nawet na tym, które z definicji jest ograniczone wyłącznie do bezpieczeństwa na obszarze północnoatlantyckim.

Na pewno więc Chiny pojawią również w dokumencie końcowym szczytu i będą brane pod uwagę jako zagrożenie w pracach nad nową Koncepcją Strategiczną 2030.

– Aktualna koncepcja strategiczna została uzgodniona w 2010 roku na szczycie w Lizbonie. Od tego czasu świat się zmienił, a nasze zagrożenia i wyzwania dla bezpieczeństwa również zmieniły się pod wieloma względami. Na przykład w obecnej koncepcji strategicznej Chiny nie są wymienione jednym słowem – zapowiedział Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO. Na razie będzie to szło w kierunku pogłębionych analiz zagrożenia i tworzenia forum dla częstszych konsultacji z partnerami w tym regionie Azji – Japonią, Koreą Południową, a także Australią.

Na więcej na pewno nie zgodzą się Niemcy, które w różnych miejscach opierają się amerykańskiemu postulatowi konfrontacji Zachodu z Chinami.

Polska o Chinach

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Polska nie ma nic przeciwko zajmowaniu się Chinami, ale na dłuższą metę nie chciałaby zmiany definicji geograficznej NATO i uznania go za sojusz globalny. – Nie chcemy stawiania znaku równości między Chinami i Rosją – mówi nam nieoficjalnie polski dyplomata.

O Rosji też mówi się dziś inaczej niż w 2010 roku i to też musi znaleźć odzwierciedlenie w nowej koncepcji strategicznej. – Dziś, od czasów zimnej wojny, znajdujemy się w najniższym punkcie w naszych stosunkach z Rosją – powiedział Stoltenberg. I choć co jakiś czas odżywają koncepcje normalizowania relacji z Rosją, a ostatnim tego przejawem są plany Bidena, to jednak Rosja pozostaje wrogiem numer jeden.

– Rosja jest potęgą nuklearną zdolną do ataku na USA i te nie chcą, żeby napięcia z Rosją wymknęły się spod kontroli. Chiny są coraz ważniejsze, ale tak długo jak Rosja ma ten wielki arsenał nuklearny i tworzy nowe systemy grożące USA, tak długo USA będą się interesowały Rosją. To dobrze dla Europy pod wieloma względami. Ale też UE jest pod wielką presją, żeby robić więcej dla swojej obrony, skoro Rosja jest u jej granic – mówi „Rzeczpospolitej” Ian Bond, ekspert Centre for European Reform. Dlatego Biden, podobnie jak robili to wcześniej Donald Trump i Barack Obama, powtórzy postulat zwiększania wydatków na obronność.

Więcej, ale na co?

W 2014 roku, gdy w obecności prezydenta Trumpa zatwierdzano cel 2 proc. produktu krajowe brutto wydatków na obronę, spełniały go tylko cztery kraje. Teraz jest ich 10 na 30 państw członkowskich: USA, Grecja, Estonia, Wielka Brytania, Polska, Łotwa, Litwa, Rumunia, Francja i Chorwacja.

Tym razem na szczycie pojawi się też propozycja zwiększenia wspólnego budżetu NATO, który stanowi ułamek wydatków narodowych. Niektóre kraje mają wątpliwości, np. Francja z powodów politycznych, bo chce, żeby wspólne wydatki dotyczyły raczej obrony w UE. A Belgia generalnie nie chce zwiększania wydatków. Postulat będzie jednak prawdopodobnie przyjęty i dyplomaci oceniają, że skorzystać mogą takie kraje jak Polska. Bo od rozszerzenia NATO ciągle istnieje poważna luka w poziomie infrastruktury sojuszu pomiędzy starymi i nowymi państwami członkowskimi i wszelkie nowe wspólne inwestycje realizowane są raczej w tych drugich.

– USA zawsze mówią, żeby Europa inwestowała więcej w obronność, a jak to robi, to spotyka się z krytyką, że robi to nie tak jak trzeba – zauważa Ian Bond. Amerykanie tradycyjnie chcą, żeby UE robiła więcej dla obrony swoich granic, ale obawiają się zawsze dwóch rzeczy. Po pierwsze, większej suwerenności Europy w tej dziedzinie. Po drugie, wyrugowania firm amerykańskich z rynku.