Przed sieradzki areszt zajechał wczoraj czarny jeep. Wysiadło z niego trzech ochroniarzy, którzy czekali na D. Kiedy lobbysta wyszedł, pod bramę podjechało również grafitowe subaru. W środku siedziała jego żona Aleksandra z szampanem w ręku. Marek D. nie przypominał biznesmena znanego z okładek kolorowych magazynów. Wychudzony, z przerzedzonymi włosami i bez uśmiechu.
Nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy. – Dziś nie jest dobry moment ani miejsce. Proszę państwa o cierpliwość, przyjdzie czas na podzielenie się różnymi informacjami, które z pewnością państwa zainteresują – zapowiedział tylko i odjechał do domu teściowej, gdzie od czasu prawnych kłopotów mieszka jego żona z córkami. Młodszego dziecka D. nigdy nie widział. Urodziło się, kiedy był już w areszcie.
Lobbysta wyszedł na wolność ok. 12, czyli dwie godziny wcześniej, niż przewidywano. Sąd Okręgowy w Warszawie wczoraj rano przysłał do aresztu w Sieradzu postanowienie o nieprzedłużeniu aresztu. Prokuratura nie mogła złożyć wniosku o wstrzymanie tego postanowienia, bo zażalenie na wyjście Marka D. Sąd Apelacyjny w Warszawie rozpatrzy dopiero za 19 dni. – Teraz nie możemy zrobić nic – powiedział wczoraj „Rz” Zbigniew Pustelnik, naczelnik katowickiego Wydziału Prokuratury Krajowej ds. Przestępczości Zorganizowanej.
Śledczy nie przekonali sądu, że Marek D. może mataczyć i ucieknie z kraju (odebrano mu paszport i zabezpieczono 30 tys. zł kaucji). Jego żona Aleksandra zapewniała „Rz”, że lobbysta nie będzie unikał spotkań z prokuratorami i sędziami.
W kilku aresztach D. spędził trzy lata i cztery miesiące. Od początku nie jadł posiłków przygotowywanych przez aresztancką kuchnię. Niechętnie sięgał także po zupy z torebek.