Czytaj też w Życiu Warszawy Online

"Znów biorą mnie za Niemca (albo Francuza), więc brody nie golę" – pisze na blogu. Ale zarostu się nie pozbywa. Od pierwszego dnia. Bo po nim można poznać, jak długo jest w trasie (ponad dwa miesiące). A poza tym bawią go te pomyłki w identyfikacji jego narodowości.

Siedem lat w Melbourne

Dotychczas mieszkał w Warszawie. Niby zwykły człowiek – skończył studia, poszedł do pracy (był instruktorem w Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej). Ale przyszedł taki dzień, kiedy postanowił odwiedzić kraj, w którym poznali się jego rodzice. I gdzie przyszedł na świat.

Pierwsze siedem lat życia spędził w Australii. Ale to nie miało znaczenia – w końcu dziecko nie zastanawia się, na jakim kontynencie jest jego dom. Jednak odkąd rodzina wróciła do Polski, o antypodach słyszał tak wiele opinii. Na przykład, że to miejsce bez ducha. Że bez kultury. Ale za to z piękną przyrodą. Trzeba to sprawdzić samemu – zdecydował podczas pielgrzymki, którą odbywał do Santiago de Compostela w Hiszpanii.

– Rzadko zdarza mi się być czegoś tak pewnym – mówi Filip. – Myślę, że to było działanie Ducha Świętego.

Przygotowania do wyprawy zajęły mu kilka tygodni. Głównie dlatego, że musiał zdobyć niezbędne dokumenty. Choćby paszporty – polski i australijski (bo po dzieciństwie zostało mu też tamtejsze obywatelstwo). A później wystarczyło już tylko zapakować do plecaka śpiwór, matę, trochę wygodnych ciuchów, aparat fotograficzny, szczoteczkę do zębów. I w drogę.

Zwyczajności mówi „nie"

Jeśli podróżować, to tylko autostopem – to wiedział od początku.  – Rodzina proponowała mi nawet kupno biletu na podróż, ale odmówiłem – opowiada.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Bo być zwykłym turystą? Nie. Jemu zależy na przygodach.

Wyprawę rozpoczął 2 marca. Najpierw dotarł do Krakowa. Stamtąd ruszył w Europę.

Niemcy, Francja, Serbia, Bułgaria i Turcja... Autostop jako sposób przemieszczania się po świecie okazał się jak najbardziej skuteczny.

– Czasami trzeba trochę poczekać. Najciężej było chyba w Europie Środkowej i w Bułgarii – wspomina. – Chętni do podwożenia byli za to muzułmanie. Drugie miejsce przyznałbym osobom podróżującym samotnie. Generalnie jest w porządku.

Trzeba jednak przyznać, że nieprzyjemne sytuacje w podróży też się zdarzają. Podczas wycieczki z kolegą z Litwy w tureckie góry przyczepiło się do niego trzech miejscowych. Wydawali się przyjaźni, zaproponowali poniesienie plecaków. Filip się na to nie zgodził. Na szczęście. Nie tak przewidujący Vilmantas mniej się zmęczył, ale stracił pieniądze. Niewiele, ale zawsze.

Bo w takiej podróży każdy grosz się liczy.

Dziadowanie za 20 szekli

Przed wyprawą Filip się zapożyczył. Odda, jak popracuje w Australii. Ale teraz musiał mieć na utrzymanie.

– Robię wszystko, żeby się zmieścić w kilku tysiącach – mówi. – Może się udać. W większości krajów jest dość tanio. No może poza Izraelem.

Ale na to znalazł się sposób.

– W Jerozolimie zatrzymałem się w hostelu. Miałem łóżko, dostęp do kuchni i do Internetu. Prawie trzy tygodnie. Ale nic nie płaciłem – opowiada Filip. – Po prostu sprzątałem pokoje trzy godziny dziennie.

Za to dostał jeszcze dniówkę – 20 szekli dziennie.

– To w przeliczeniu niecałe 16 zł – opowiada. – Trochę dziadowałem. Ale na podstawowe potrzeby wystarczało. Mam też bardzo praktyczne doświadczenie – uczące pokory.

Na noclegach w ogóle stara się oszczędzać. Korzysta z międzynarodowego serwisu Coach Surfing, gdzie ludzie bezpłatnie użyczają lokum. I jeszcze po mieście oprowadzą. I tak do tej pory zaledwie kilka razy nocował pod chmurką. Na  przykład w jaskini w Kapadocji.

Generalnie uważa, że podróżowanie autostopem jest bardzo ekonomiczne i tak naprawdę nie potrzeba dużego budżetu. I mimo wszystko na razie nie zamierza liczyć każdej złotówki.

– W Tajlandii wybieram się do szkoły tajskiego boksu – zdradza. – Taka podróż to przecież przygoda na całe życie, trzeba z niej w pełni skorzystać – podsumowuje.

Jezus z Ameryki

Przygoda przygodą, ale chwilami doskwiera samotność. Także dlatego Filip czasami przyłącza się do innych autostopowiczów. Nie tak przewidujący Vilmantas nie był jego jedynym towarzyszem. Syrię na przykład przemierzał z Francuzką i Ukraińcem. Izrael z Chinką. Odwiedził z nią Hajfę, Tel Awiw i Jerozolimę. Trafia też na rodaków, m.in. małżeństwo, które z czteroletnią córką odbywa kolejną już podróż dookoła świata.

Interesujących ludzi spotyka wielu. No i kilku zdecydowanie ekscentrycznych.

– Taki Amerykanin James. To niesamowicie uduchowiony gość – opowiada. – W Jerozolimie nazywają go Jezusem. Uważają, że jest przykładem „syndromu jerozolimskiego". Od 19 lat realizuje ewangeliczne wezwanie do życia z dnia na dzień, bez troski o jutro. Ma tylko szczotkę do zębów i derkę. Żyje liturgią godzin.

James/Jezus zainspirował Filipa do poddania się biegowi wydarzeń, okolicznościom i potrzebom serca.

Na dachu i na morzu

Swoimi wędrówkami Filip zaspokaja potrzebę poznania. Na przykład w Belgradzie słuchał opowieści o tkwiącym wciąż w pamięci mieszkańców bombardowaniu NATO z 1999 roku. W Turcji dowiedział się, że znalezienie kościoła katolickiego w Ankarze graniczy z cudem.

– Wszyscy mi odradzali wyjazd do tego miasta – stwierdza. – Ja jednak przebyłem te – bagatela – 300 km w jedną stronę, żeby być na mszy. Mieli rację – kościoła nie znalazłem. Cieszę się, że chociaż byłem w mauzoleum Ataturka.

Miasto mu się nie spodobało. Nie lubi takich dużych, więc wyjechał, jak szybko się dało.

Z Turcji wyruszył do Syrii.

– Nie natknąłem się na niebezpieczeństwa, o których donosi prasa – mówi. – Odkryłem za to, że jeśli ktoś chciałby się ożenić z miejscową dziewczyną, nie musiałby już ofiarowywać jej rodzicom wielbłądów. Czasy się zmieniły – wystarczy gotówka.

Do tej pory najbardziej urzekły go Jerozolima i Damaszek.

– Jerozolima chyba ze względów religijnych. To bardzo ciekawa mieszanka różnych wyznań – opowiada. – Damaszek zaś ma genialne stare miasto, można chodzić po dachach, a w dodatku ludzie są bardzo gościnni.

Do Syrii ma zamiar jeszcze wrócić. Do Jordanii też, zanim wygaśnie tamtejsza wiza. Ale to po wizycie w Galilei. Następny na jego trasie jest Irak.

– Mam jednak pewne obawy – zastanawia się. – Podobno jest tam sporo porwań.

Planuje jeszcze odwiedzić Pakistan, Indie, Nepal, Birmę albo Chiny oraz Tajlandię i Malezję. I w końcu zrealizuje podstawowy cel – dostanie się do Australii. Nie płacąc za bilet, a odpracowując morską podróż. Czyli jachtostopem.

Na początku liczył, że cała wyprawa potrwa pół roku. Teraz szacuje, że przynajmniej dwa, trzy miesiące dłużej. A na antypodach chce spędzić dwa lata.

– Ale nauczyłem się „płynąć" – zależnie od tego, jak się czuję w danym miejscu, spędzam tam więcej lub mniej czasu – przyznaje. – Wszystko więc może się zmienić. I na tym właśnie polega piękno takiej podróży.