Jak pan przyjął raport Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) w sprawie katastrofy smoleńskiej? Czy był pan zaskoczony tym werdyktem?
To nic nowego. Nawet kpina z poległych mieści się w tej tradycji. Kłamstwa, oszustwa, manipulacje stanowią w Rosji pewną tradycję. Weźmy nawet taki, wydawałoby się, nieistotny szczegół, jak podkreślanie w nazwie MAK jego rzekomo międzynarodowego charakteru. Przecież to instytucja rosyjska, którą tylko uzupełniają przedstawiciele państw satelickich.
Mocne słowa. Nasuwa się brutalna konstatacja – Rosjanie traktują sprawę wyjaśnienia przyczyn katastrofy nie w kategoriach technicznych, ale politycznych.
Wszystko, co się robi w Rosji, jest polityką. Sposób dochodzenia przyczyn katastrofy to polityka skuteczna. Chodziło bowiem o to, żeby zhańbić Polskę we własnych oczach i podzielić do reszty społeczeństwo polskie. Rosji się to udało.
Czy władze polskie mogły inaczej zareagować na katastrofę, niż to się stało?
Nie jestem w stanie ocenić tego, czy Polska zrobiła wszystko, co było w jej mocy. Również biorąc pod uwagę czas bezpośredni po wydarzeniu. Ale dość szybko pojawiły się sygnały, że ofiary zostały okradzione przez funkcjonariuszy państwa rosyjskiego. Można było z pewnością w tamtym momencie zażądać natychmiastowego sprowadzenia zwłok do Polski oraz zwrotu czarnych skrzynek, a po jakimś czasie też wraku samolotu. Bo przecież trudno w takiej sytuacji ufać stronie rosyjskiej...
Czytaj w tygodniku "Uważam Rze" oraz na uwazamrze.pl