1 maja 1908 roku urodziła się Krystyna Skarbek. Tekst z tygodnika "Uważam Rze"
Historia na scenariusz szpiegowski? Jeszcze jaki! Niestety tak barwne życie nie znalazło dorównującego mu talentu. Wydana w tym roku w Polsce biografia autorstwa Madeleine Masson jest co prawda lekturą, od której trudno się oderwać, ale tylko dlatego, że takiej historii po prostu nie da się spaprać.
Z „Wojny mojej miłości" momentami więcej dowiadujemy się, gdzie były najlepsze sklepy z bielizną damską w Paryżu międzywojnia, jakie halki preferowała Skarbek i jak przystojni byli mężczyźni z jej otoczenia, niż ważnych faktów z jej życiorysu. Chociaż Masson zrobiła stosowną kwerendę, przepytała dziesiątki znajomych i świadków, efektem tych działań jest literatura dla kobiet, w nie najlepszym niestety tego określenia znaczeniu. Oto próbka: „Ona szybko stwierdziła, że wyszła za mąż za człowieka o skomplikowanym charakterze, ale ponieważ bardzo ją pociągał i nad nią dominował, udało jej się wysublimować strach, który w niej budził, a później stał się przyczyną rozpadu ich związku".
Cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma i w myśl tej zasady trzeba tę książkę polubić. Nigdzie nie znajdziemy więcej na temat Krystyny Skarbek, choć warto sięgnąć też po pracę Jana Lareckiego „Agentka o wielu twarzach" (Książka i Wiedza 2008).
Wojna zastała ją w Kenii, ale na wieść o jej wybuchu przedostała się do Angli, z zamiarem podjęcia działalności dywersyjnej. Pierwszą misję zlecono jej na Węgrzech, gdzie zajmowała się m.in. organizowaniem ucieczek żołnierzy polskich z obozów internowania, co nie przeszkodziło jej trzykrotnie przedostawać się przez Tatry do kraju, w roli kurierki. W 1941 r., już jako oficjalna agentka SOE, przerzucona została do Kairu, gdzie zbierała informacje na temat ruchu oporu na Bałkanach. Wreszcie w 1944 r. trafiła do Francji, gdzie zorganizowała m.in. wykup partyzantów z rąk gestapo.
Brawurowa i skuteczna, nie spotkała się z wdzięcznością Brytyjczyków. Obsypano ją co prawda orderami, ale tak naprawdę pozostawiono samą sobie z kwotą 100 funtów. Z konieczności imała się więc różnych prac – bywała pokojówką, telefonistką, stewardesą na statkach. Tam właśnie poznała Dennisa Mulldowneya, który w lipcu 1952 r., po odrzuconych oświadczynach, śmiertelnie pchnął ją nożem.
Niezły thriller? Świetny! Ale co z tego, skoro my i tak wolimy przypominać kapitana Klossa...