Świat odliczał dni, godziny i minuty do terminu określonego przez Donalda Trumpa jako „koniec cywilizacji” w Iranie. Tymczasem prezydent USA ogłosił, że zgadza się na zawieszenie broni, ogłosił sukces, nadchodzący „złoty wiek dla Bliskiego Wschodu”, oraz zniesienie wszystkich sankcji, odszkodowania za wojnę i – jak wynika z wielu doniesień – prawo do wzbogacania uranu. To dość zaskakujące jak na warunki, podyktowane przez zwycięzcę. 

Dr Mateusz M. Kłagisz z Katedry Iranistyki Instytutu Orientalistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego: Jeśli chodzi o groźby formułowane przez Donalda Trumpa wobec Iranu, to były one mocno niedyplomatyczne. Wydaje mi się także, że dopiero teraz ujawnił się prawdziwy stosunek Donalda Trumpa do Iranu, do Irańczyków i trwającej wojny. Widzę w tej wypowiedzi taką bezsilność i frustrację polityka, któremu wydawało się, że on tu będzie głównym rozgrywającym. Ostatni miesiąc pokazał jednak, że bardzo często piłka była po stronie Irańczyków i to oni odgrywali rolę „krupiera” w światowym kasynie. Chciałem zauważyć, że Donald Trump już raz groził Iranowi, że cofnie go do epoki kamienia, co spotkało się z odpowiedzią, powiedzmy, historyczno-archeologiczną, obrazującą, cóż te ludy zamieszkujące Płaskowyż Irański w okresie kamiennym pozostawiły po sobie kolejnym pokoleniom. Ta jednoznaczna odpowiedź była dosyć ironiczna, gdyż ujawniała, że jeśli nawet Donald Trump cofnie Iran do epoki kamienia, to przecież i w tamtym okresie na w tamtym rejonie rozwijała się cywilizacja.

Czytaj więcej

Donald Trump: Cała cywilizacja zginie w nocy. A Iran grozi odcięciem od ropy na lata
10 punktów Iranu – warunki trwałego pokoju
Według irańskich mediów państwowych plan Teheranu obejmuje następujące 10 punktów:

Całkowite zakończenie działań wojennych w Iraku, Libanie i Jemenie
Bezterminowe i trwałe zakończenie wojny przeciwko Iranowi
Kompleksowe wygaszenie wszystkich konfliktów w regioni
Ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz
Ustalenie zasad gwarantujących bezpieczeństwo i swobodę żeglugi
Pełne wypłaty odszkodowań za zniszczenia w Iranie
Całkowite zniesienie sankcji wobec Iranu
Odblokowanie irańskich aktywów zamrożonych w USA
Zobowiązanie Iranu do nieposiadania broni nuklearnej
Natychmiastowe zawieszenie broni po akceptacji powyższych warunków


Wymienione punkty bardziej odpowiadają żądaniom irańskim, bo przecież już mieliśmy piętnastopunktowy plan Donalda Trumpa, na który dość szybko została wystosowana kilkupunktowa odpowiedź irańska. Już wtedy wyraźnie widać było, że te dwa zestawy oczekiwań, te dwa pomysły, jak zakończyć konflikt – one zupełnie do siebie nie przystawały. Oczekiwania amerykańskie względem Irańczyków były związane między innymi z całkowitym zakończeniem jakichkolwiek prób rozwoju programu nuklearnego. Irańczycy zażądali reparacji wojennych i całkowitego wycofania się Stanów Zjednoczonych z rejonu Bliskiego Wschodu. Czy któraś ze stron byłaby gotowa zupełnie zrezygnować ze swoich postulatów? Wątpię. Ostatecznie mamy więc do czynienia z wypadkową różnych postulatów – z jednej strony amerykańskich, z drugiej strony irańskich. Co z tego finalnie wyjdzie? Musimy poczekać. Wygląda to tak, jakby w pewnym momencie obie strony postanowiły zawrzeć w tym planie szereg elementów i teraz przy niektórych będą się upierały, z niektórych będą mogły zrezygnować. Ale, powiem szczerze, dwa tygodnie to bardzo mało czasu na poważną i głęboko merytoryczną dyskusję.

Czytaj więcej

Jest porozumienie o zawieszeniu broni. USA i Iran rozpoczną bezpośrednie rozmowy

Czy ten plan – dwutygodniowe zawieszenie broni a potem negocjacje w Pakistanie – czy to ma szanse na pomyślne zakończenie? Dotąd wydawało się, że obie strony nie bardzo chcą ustąpić. 

Wydaje mi się, że to jest trochę tak jak z dobrym kupcem, który na początku musi podbijać stawkę, ale nie może przeskalować, nie może zaproponować zbyt wysokiej ceny, by nie odstraszyć od razu potencjalnego klienta, a równocześnie dać sobie na tyle duży margines, by mieć z czego schodzić i pokazywać w ten sposób dobrą wolę współpracy. Irańczycy są dobrymi kupcami, to jest taka społeczność, taki naród, którego część od dawna zajmuje się kupiectwem i handlem – środowiska kupców bazarowych, czyli bazari –od zawsze odgrywały ważne role ekonomiczne, polityczne i społeczne. Z punktu widzenia przepływu towarów Iran to bardzo ważny rejon – od starożytności po współczesność, więc w takich negocjacjach Irańczycy odwołują się do tego, co nazwalibyśmy po persku „czane zadan” (چانه زدن), czyli „targowanie się”. 

Wrócę jeszcze na chwilę do tego „końca świata”, o którym pisał Donald Trump. Przyznam, że byłem bardzo zdziwiony jego wypowiedzią, ale nie ze względu na treść, lecz na dość wulgarny język. Jesteśmy chyba już wszyscy przyzwyczajeni do tego, że amerykański prezydent co chwilę zmienia zdanie, ale tu była taka zupełnie inna, nowa „jakość” w jego wypowiedzi. Chyba właśnie obrazująca najbardziej tę frustrację związaną z tym, że to, co miało być taką „szybką operacją wojskową”, zaczyna się przeradzać w coś, w czym Amerykanie i Izraelczycy utknęli na długo i w czym końca wciąż nie widać.

Czytaj więcej

Ogłoszono zawieszenie broni. Co zawiera 10-punktowa pokojowa propozycja Iranu

Przypominam też, że przecież Donald Trump już wielokrotnie pisał o trwających negocjacjach z Iranem, a Irańczycy bardzo długo powtarzali, że to nieprawda, że nic takiego nie ma miejsca. Przecież pojawiły się nawet prześmiewcze karykatury, obrazujące Donalda Trumpa jako takiego wariata, który negocjuje sam ze sobą. Można też powiedzieć, że w takiej rywalizacji na płaszczyźnie propagandowo-ideologicznej Irańczycy bardzo szybko i bardzo sprytnie wykorzystali to, co jest największą słabością Donalda Trumpa – tę jego zmienność nastrojów, humorzastość i przekuli to w pewnego rodzaju oręż, którym dźgają Amerykanów dość skutecznie od dłuższego czasu, pokazując go trochę jako takiego szaleńca, z którym nie za bardzo warto dyskutować, bo nie bardzo wiadomo, czego właściwie chce.

Podejrzewam, że wielu Czytelników by się ze mną zgodziło, że Donald Trump przypuszczał, że pójdzie mu równie sprawnie jak z Nicolasem Maduro. Że wystarczy schwytać jedną osobę i cały ten domek z kart się rozsypie. Okazuje się, że ten domek nie jest wykonany z kart, tylko to jest porządny, lany beton, na zburzenie którego potrzeba zdecydowanie więcej sił niż tylko uderzenie podmuchem wiatru.

Czytaj więcej

Reakcje na rozejm. Rosja o „miażdżącej porażce" USA, Pekin chwali siebie, Waszyngton świętuje sukces

Ze strony demokratycznych kongresmenów padł zresztą pomysł albo impeachmentu, albo wykorzystania 25. poprawki do amerykańskiej konstytucji dotyczącej sytuacji, w której prezydent USA nie jest w stanie pełnić swojego urzędu. A co na to dyplomacja irańska? Wydaje się, że to dla nich łakomy kąsek.  

W polityce zagranicznej republiki islamskiej ostatnich lat dostrzegam wiele tęgich głów, które rozumieją, na czym polega dyplomacja. Dyplomacja nie jest czymś, co sprowadza się do pokrzykiwania i pohukiwania, ale to taka umiejętność wyważonego, spokojnego, racjonalnego doprowadzania własnych interesów do realizacji. To jest umiejętność powiedzenia „nie”, ale też powiedzenia „tak”. To gra strategiczna, w której liczy się przede wszystkim spokój i rozwaga. I, o ile oczywiście można patrzeć na te pohukiwania i groźby wygłaszane w irańskiej telewizji czy prasie, o tyle ze strony przedstawicieli tamtejszego establishmentu są one elementem pewnej rozgrywki. Ważniejsze od tego jest to, co dzieje się w zaciszu gabinetów. Tam się wykuwa różnego rodzaju porozumienia. Mówiąc o tym, że Irańczycy są narodem po części kupieckim, mam na myśli także to, że Iran ma dwa i pół tysiąca lat historii. To jest jedna z niewielu cywilizacji, które przetrwały od starożytności do współczesności. Innymi przykładami są Chiny czy Indie. Te cywilizacje nie tylko przetrwały i istnieją współcześnie, ale są dziś ważnymi graczami. To po pierwsze. Po drugie – przez Iran przetaczały się różne armie. Byli tam i Aleksander Macedoński z Grekami, i Arabowie, i Mongołowie. Wydawałoby się, że ci wszyscy najeźdźcy mogą zmieść Iran z powierzchni ziemi. Stało się inaczej – to oni stopniowo ulegali iranizacji. Pojawiali się, walczyli, a i tak ostatecznie wtapiali się w tamtejsze tło. Dlaczego? Dlatego, że to jest kultura, która ma bardzo żywotny rdzeń tożsamościowy. Ona nie poddaje się bardzo łatwo zawirowaniom historycznym. Jest zbyt elastyczna i zbyt chłonna, żeby można ją było tak łatwo zmieścić z powierzchni ziemi.

W mojej ocenie, od samego początku tego konfliktu izraelsko-amerykańskiego przeciwko Iranowi, bardzo wyraźnie widać było, że bardziej niż kwestie związane z określonym planem politycznym, liczy się żądza zemsty czy pokazania Iranowi, kto tutaj rządzi tak naprawdę na Bliskim Wschodzie. W tej wojnie było chyba więcej emocji niż takiego skalkulowanego, zimnego emocjonalnego pragmatyzmu. Najlepiej obrazują to te zmieniające się komunikaty dotyczące powodów, dla których Izrael i Ameryka na samym początku postanowiły zaatakować Iran. Proszę zwrócić uwagę, że co chwilę pojawiał się w nich jakiś nowy wątek.

Czytaj więcej

USA ogłaszają zwycięstwo nad Iranem. Hegseth: Epicka Furia zniszczyła ich siły zbrojne

Drugą rzeczą jest to, że przecież mieliśmy też takie apele do ludności irańskiej, że oto teraz powinna wziąć sprawę w swoje ręce i walczyć o pełną niezależność, obalić rząd. I to się nie udało.

To właśnie jest interesujące - dlaczego?

Nie udało się z kilku powodów. Po pierwsze, na samym początku władze irańskie wyraźnie ogłosiły, że jakakolwiek forma protestów w przestrzeni publicznej czy internetowej, cokolwiek, co będzie wymierzone we władze irańskie, w republikę islamską, zostanie uznane za zdradę stanu i karane z największą surowością. Pamiętajmy o doświadczeniach brutalnie stłumionych protestów po śmierci Mahsy Żiny Amini w 2022-2023 r. Pamiętajmy też o ostatnich, grudniowo-styczniowych protestach, które również zostały wyjątkowo brutalnie utopione we krwi. Działania reżimu, jego brutalność i coraz większa determinacja dają asumpt społeczeństwu irańskiemu do zrozumienia tego, że grupy opozycyjne nie są w stanie nic zrobić w tym momencie, ponieważ to spotka się z natychmiastową, stanowczą i ostrą reakcją władz. Zadziałał też pewien element jednoczący obywateli wokół flagi, który został świetnie wykorzystany przez irańską propagandę, pokazującą pełne zjednoczenie Irańczyków wobec zewnętrznej agresji. Nie jesteśmy w stanie na tym etapie konfliktu, choćby ze względu na utrudniony kontakt z Iranem i sytuację wojenną, ocenić, w jakim stopniu jest to rzeczywistość, a w jakim stopniu jest to kreacja internetowo-telewizyjna.

Czytaj więcej

Po groźbach Trumpa Iran blokuje kanały dyplomatyczne z Waszyngtonem

Nawoływania do buntu ze strony Beniamina Netanjahu czy Donalda Trumpa są zatem zupełnie bezcelowe, a w tym momencie powiedziałbym nawet – cyniczne. Widać w tym wszystkim cyniczne rozgrywanie cywilami w konflikcie, w którym teoretycznie oba te państwa – Izrael i Stany Zjednoczone – nie walczą z Irańczykami, ale – jak tłumaczono – walczą z reżimem republiki islamskiej, czyli przede wszystkim z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. A że po drodze zaczęło się to zamieniać coraz bardziej w taką klasyczną wojnę z atakowaniem obiektów cywilnych w Iranie, np. uniwersytetów, szpitali czy instytutów – jak na przykład zbombardowanie Instytutu Pasteura, takiej pierwszej, bardzo nowoczesnej medycznej instytucji naukowo-badawczej. Oczywiście można odbić piłeczkę i powiedzieć, że Irańczycy również atakują infrastrukturę cywilną chociażby w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy np. w Izraelu. Jasne, oczywiście. Ani po jednej, ani po drugiej stronie nie ma żadnego wytłumaczenia dla tego typu działań. Jest natomiast coraz wyraźniejsze rozgrywanie cywilami. O ile o republice islamskiej można powiedzieć, że po prostu lubi cynicznie rozgrywać cywilami, o tyle trudno usprawiedliwiać Tel Awiw i Waszyngton w takiej sytuacji.

Wydaje mi się, że te apele skierowane do społeczeństwa irańskiego i przekonanie, że wyjdzie ono na ulice, były jednym z argumentów na rzecz podjęcia decyzji o ataku. Liczono po prostu na jakiś społeczny, ludowy zryw, który wspomoże od wewnątrz te ataki i szybciej zakończy sprawę. Natomiast Iran ewidentnie przygotowywał się od dłuższego czasu do takiej konfrontacji – co najmniej od czasów George’a W. Busha, który uznał go za element osi zła, już na początku lat dwutysięcznych. To sporo czasu, żeby zbudować sobie jakiś arsenał wojskowy i przygotować się na wypadek ewentualnej zewnętrznej agresji.

Wróćmy na chwilkę do tych celów, o których przed wybuchem wojny mówili Donald Trump oraz Izrael. Co z nich zostało?

Proszę zwrócić uwagę, jakimi długimi miesiącami, jeśli nie latami, ciągnie się kwestia negocjacji w tej właśnie sprawie. Swoją drogą to Donald Trump „wywrócił ten stolik” kilka lat temu, zrywając wcześniejsze ustalenia dotyczące irańskiego programu nuklearnego. Właściwie można powiedzieć, że od tego momentu trochę się namieszało – na Bliskim Wschodzie, w Iranie i w relacjach Iran – Unia Europejska Izrael czy Stany Zjednoczone. Stały się one zdecydowanie trudniejsze. Nikt nie zrobił w ciągu ostatnich kilku miesięcy tyle na rzecz ukręcenia łba irańskiemu ruchowi demokratycznemu, co właśnie Donald Trump i Beniamin Netanjahu. Jeśli republika islamska szukałaby tutaj kogoś, kto ją tak wewnętrznie wzmocnił, w jakiś sposób zjednoczył i umocował ten system, pomimo jego niewydolności – to jest to właśnie ta dwójka.

Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego Iranu ogłosiła, że Trump zgodził się w przebiegu tych negocjacji na dalsze wzbogacanie uranu przez Iran, ale w angielskiej wersji dokumentu tego komunikatu nie ma. Czy możemy mieć pewność, że Iran dąży do budowy bomby jądrowej, czy też może być jakiś cień prawdy w zapewnieniach o pokojowym charakterze tych prac? 

Dla Iranu posiadanie energetyki nuklearnej jest na pewno rozwiązaniem w obliczu uzależnienia od ropy naftowej i gazu, które kiedyś się przecież skończą oraz – w krótszej perspektywie – różnego rodzaju problemów związanych z dostępem do energii elektrycznej. Na marginesie przypomnę, że przecież w zeszłym roku co chwilę słyszeliśmy o przerwach w dostawie prądu w różnych rejonach Iranu. Dla 90-milionowego społeczeństwa to jest bardzo poważny problem. Iran zawsze traktował kwestię dostępu do energetyki nuklearnej jako swoje niezbywalne prawo. Uważał, że każde państwo na świecie ma prawo do jej rozwoju. Kiedy po raz pierwszy tak na serio społeczność międzynarodowa zaczęła przyglądać się temu problemowi, już dobrych kilkanaście lat temu, Iran nawet wprowadził to hasło narodowego dostępu do energetyki nuklearnej na banknoty, jako pewnego rodzaju slogan republiki islamskiej.

Czytaj więcej

USA nie zaatakują tej nocy elektrowni w Iranie. Trump informuje o zawieszeniu broni

Natomiast czy równocześnie z tym rozwijał swój militarny program nuklearny? Nie powinniśmy mieć co do tego żadnych wątpliwości. Dlatego że – tak jak powiedziałem – posiadanie bomby atomowej jest pewnego rodzaju straszakiem, kartą przetargową, takim asem z rękawa, który wyciągamy w odpowiednim momencie i machamy nim pozostałym graczom w sytuacji, w której nie bardzo sobie z czymś radzimy. 

Dla Iranu posiadanie bomby atomowej jest gwarancją tego, że nie dojdzie do sytuacji, w której ktoś z zewnątrz postanowi nagle zmienić władzę w Teheranie. Oczywiście Iran cały czas zapewnia, że chodzi tylko i wyłącznie o rozwój energetyki, ale gdyby rzeczywiście tak było, dlaczego z takim uporem maniaka albo odmawia, albo utrudnia inspekcję swoich zakładów nuklearnych przedstawicielom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej? To może tylko rodzić dalsze wątpliwości, przypuszczenia i plotki, że nie do końca jest tak, jak Teheran deklaruje. Prawda jest taka, że Teheran bardzo często nie deklaruje, czy nie ogłasza publicznie swoich zamiarów, czy jakichś swoich programów. Woli je realizować po cichu. Woli się tym po prostu najzwyczajniej w świecie nie chwalić do czasu, aż nie zostanie osiągnięty odpowiedni rezultat. A że Iran w ogóle rozwijał swój program wojskowy, to my to doskonale wiemy z bardzo różnych źródeł. Zresztą bardzo często chwalił się i pokazywał testy jakiejś nowoczesnej broni krótkiego i dalekiego zasięgu.

Cieśnina Ormuz

Cieśnina Ormuz

Foto: PAP

Która zresztą przydała się w obecnym konflikcie.

Tak, ewidentnie. To jest związane z włączeniem Iranu w „tę oś zła”. Proszę jednak zwrócić uwagę na to, kto obecnie sprawuje władzę w Iranie. Bardzo często określamy republikę islamską jako państwo teokratyczne. Chociaż dzisiaj już nie jest to tak czysto teokratyczna republika, jak – powiedzmy – jeszcze w latach osiemdziesiątych czy na początku lat dziewięćdziesiątych, za czasów ajatolaha Chameneiego, którego zabito miesiąc temu. Ci badacze, którzy analizują dogłębnie współczesny system polityczny w Iranie, mówią wyraźnie o przesunięciu środka ciężkości ze środowiska duchowieństwa szyickiego, jako centrum zarządzania, w stronę dyktatury wojskowej.

Ajatollah Chomejni to był poważny, szanowny duchowny. Skupił wokół siebie innych bardzo sobie wiernych, zaangażowanych politycznie duchownych. I rzeczywiście to oni kształtowali tę politykę lat osiemdziesiątych. Ale kiedy umierał, wyznaczył na swojego następcę człowieka średniego szczebla, Alego Chameneiego, który nie był jakimś wybitnym duchownym. Nie posiadał tych wszystkich przymiotów i tytułów, nie pełnił tych wszystkich funkcji, które następca Chomejniego powinien mieć. Chamenei awansował dopiero w momencie, kiedy wybrano go na najwyższego przywódcę. To był człowiek, który nie posiadał takiego zaplecza politycznego jak wielu innych duchownych, na przykład Ali Akbar Haszemi Rafsandżani, który został na początku lat dziewięćdziesiątych prezydentem. I któremu wydawało się, że właśnie w tej dwuwładzy irańskiej – najwyższy przywódca i prezydent – to prezydent będzie pełnił tę funkcję lidera.

Ali Chamenei wszedł w relacje ze Strażnikami Rewolucji, formacją militarną i polityczną, która zakończyła jakiś czas temu aktywny udział w wojnie iracko-irańskiej i właściwie trafiła w próżnię. To, co ich połączyło, to pewnego rodzaju taki bardzo ortodoksyjny, tradycjonalistyczny, konserwatywny sposób myślenia o świecie. I bardzo powoli ta współpraca zaczęła przynosić wymierne korzyści. Jakie? Na przykład to, że tak naprawdę nigdy w Iranie nie udało się doprowadzić do poważnych wewnętrznych reform, ponieważ one prędzej czy później natrafiały na, jak powiedzielibyśmy, „weto”. Tylko nie prezydenta, a weto najwyższego przywódcy, który wszystkie te ruchy, próby reformowania republiki islamskiej prędzej czy później po prostu wygaszał. Tak naprawdę reformatorzy w łonie republiki islamskiej nie mieli szansy na pełną realizację swoich postulatów, na przemianę tego systemu, właśnie ze względu na obecność takiego „hamulcowego” w postaci najwyższego przywódcy, Alego Chameneiego. Więc ten środek ciężkości zaczął przesuwać się ze środowiska duchowieństwa szyickiego w stronę Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.

Czytaj więcej

Nowy stary Iran. Donald Trump wyciąga rękę do reżimu ajatollahów

Iran zaczął przemieniać się w taką dyktaturę wojskową z pewną fasadowością religijną, z pewną taką zewnętrzną otoczką mówiącą, że tutaj religia i najwyższy przywódca, islam, to są elementy najważniejsze. Ale pod spodem okazuje się, że jest to po prostu system, który zmierza w stronę dyktatury wojskowej. Dzisiaj, czyli po śmierci Alego Chameneiego widzimy to jeszcze wyraźniej. Co z tego, że wybrano nowego najwyższego przywódcę – syna Alego Chameneiego, Modżtabę? Przecież tego najwyższego przywódcy w przestrzeni publicznej nie ma. Nie widzimy go. To rodzi kolejne spekulacje dotyczące tego, w jakim jest stanie, dlaczego go nie ma i kto de facto podejmuje w tym momencie decyzje? Spodziewalibyśmy się, że prezydent, ale prezydent Masud Pezeszkian jest dzisiaj w tym systemie mocno zmarginalizowany. Wyraźnie widać, że krajem rządzą Strażnicy Rewolucji, którzy są też bardzo mocno konfrontacyjnie nastawieni. Powiedziałbym, że od lat 80. to jest formacja, która nastawiona jest na eksport ideologii rewolucji islamskiej w przestrzeń światową. I oni to realizują na różne sposoby. Czy to angażując się w Libanie, w Syrii, w Iraku, w Jemenie, w różnych miejscach Bliskiego Wschodu. Bardzo wyraźnie widać, że tu jest to centrum podejmowania decyzji.

Jak te wydarzenia w Iranie wpłyną na cały Bliski Wschód? Bo to nie jest region, który moglibyśmy określić jako bezpieczny i pokojowy. Tam się cały czas coś dzieje, kotłuje się.  

Poważnym problemem na Bliskim Wschodzie jest też to, że granice polityczne nie oddają kwestii etnicznych. Chociaż może to dzisiaj nie jest już aż tak istotne jak jeszcze czas temu. To jest też region, w którym „siedzi” kilku dużych graczy. Stany Zjednoczone, Rosja, w trochę mniejszym stopniu Chiny, choć te ostatnie też są coraz wyraźniej widoczne. Każde z tych krajów ma też pewnego rodzaju aspiracje polityczne względem tego regionu. Każdy z tych graczy reprezentuje własne interesy i trochę traktuje kraje Bliskiego Wschodu jako takie marionetki.

Czytaj więcej

Cieśnina Ormuz ma być otwarta przez dwa tygodnie. Cena ropy spada

To nie jest właściwość XXI wieku, to jest cały XX wiek, a właściwie jeszcze XIX wiek, kiedy w trochę innej konfiguracji wielkich graczy traktowano Bliski Wschód jako miejsce, które można rozgrywać jednymi pionkami przeciwko drugim po to, by coś z tego mieć. Dla Irańczyków doświadczenia XIX-wiecznej brytyjsko-rosyjskiej rywalizacji są bardzo istotne i bardzo ważne. Potem przez pewien czas brytyjsko-radzieckie, a potem amerykańsko-radzieckie. Więc Bliski Wschód jest w dosyć dużym stopniu przeczulony na takie zewnętrzne wchodzenie do nich, do ich mieszkania w butach i rozstawianie ich po kątach, mówienie, co mają robić, a czego im robić nie wolno. Zawsze wychodzę z założenia, że w sytuacjach konfliktowych to ci, którzy są ze sobą skonfliktowani, powinni dochodzić do porozumienia. To oni najlepiej rozumieją przyczyny i powody, dla których do konfliktu doszło.

Dyskutujemy ciągle o Iranie, ale przecież groźnie jest także w Libanie, nie wspominając już o Gazie czy o Afganistanie. 

Pakistańczycy bombardowali, bombardują Afganistan. O tym właściwie w mediach dzisiaj się nie mówi, a tam dochodzi do naprawdę strasznych rzeczy, jak choćby zbombardowanie szpitala w Kabulu, w którym zginęło 400 pacjentów. To nie odbiło się szerokim echem w polskich mediach. W tym kontekście widać, że ten atak Pakistanu na Afganistan pod pretekstem walki z talibami, którzy dają schronienie ekstremistom, działającym na obszarze Pakistanu, jeśli nawet nie był inspirowany, to dokonał się i dokonuje się za przyzwoleniem Waszyngtonu.

Ataki na Bliskim Wschodzie (stan na 1 kwietnia)

Ataki na Bliskim Wschodzie (stan na 1 kwietnia)

Foto: PAP

To jest pewnego rodzaju trzymanie w ryzach Afganistanu i talibów, by nie zrobili nic głupiego na Bliskim Wschodzie, by nie wykonali żadnych ruchów względem Amerykanów. Bo przecież talibowie, przypomnijmy, kilka miesięcy temu wyraźnie powiedzieli, że w przypadku ataku amerykańskiego na Iran są gotowi wejść do tego konfliktu po stronie irańskiej, a są przecież mocno zaprawieni w bojach. To by może tłumaczyło, dlaczego propozycje, na przykład ze strony Omanu, jako państwa, które mogłoby pośredniczyć w rozmowach irańsko-amerykańskich, nie doszły do skutku, a Pakistańczykom w jakiś sposób się to nagle udaje. Więc tak Bliski Wschód „kotłuje się” bardzo, ale to jest wypadkowa naprawdę bardzo wielu czynników, bardzo różnych aspiracji.

Pamiętajmy też, że bardzo mocno namieszała w XXI wieku obecność Amerykanów w Iraku, ich obecność w Afganistanie, obecność Rosjan i wsparcie rosyjskie dla reżimu Baszara al-Asada w Syrii. Tutaj ci zewnętrzni gracze, którzy rozgrywają tymi pionkami, bardzo mocno na Bliskim Wschodzie mieszają, to jasne. I to chyba taki współczesny element, który coraz mocniej powinniśmy sobie uświadamiać. Te wszystkie „wojny zastępcze”, w których wielkie państwa prowadzą rywalizację ze sobą, ale nie u siebie. W ten sposób oszczędzają własnych obywateli, zupełnie nie przejmując się tym, co dzieje się z obywatelami państwa trzeciego. Jeśli zapyta mnie pan, czy pokój jest możliwy, ja zawsze odpowiem, że jest. Inaczej wszyscy powinniśmy czekać na ten zapowiadany przez Donalda Trumpa koniec cywilizacji.

Bardzo dziękuję za rozmowę. 

Zasięg irańskich rakiet

Zasięg irańskich rakiet

Foto: PAP