Po wstrzymaniu przez Donalda Trumpa totalnego ataku na Iran wzrosły nadzieje na długotrwały pokój w najbardziej zapalnym regionie świata. Wiązałoby się to z wielką przebudową Bliskiego Wschodu i zakończeniem izolacji Iranu. 

Irański reżim ma 10 kwietnia przystąpić do negocjacji z administracją amerykańską w pakistańskiej stolicy, Islamabadzie. Podstawą do rozmów będzie, co przyznał Trump, irański 10-punktowy plan, co samo w sobie jest zwycięstwem reżimu. Amerykanie i Izraelczycy, rozpoczynając 28 lutego wojnę, spodziewali się jego upadku lub przynajmniej dramatycznego osłabienia, czemu służyła likwidacja wielu przywódców i dowódców Islamskiej Republiki Iranu.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Donald Trump zamiast niszczenia cywilizacji wybrał irański plan zakończenia wojny

Dziś nikt już nie mówi o antyrządowych protestach, które niedawno wstrząsnęły Iranem. Reżim się umocnił

Przez kilka tygodni wojny świat zapomniał już o wielkich antyreżimowych protestach, które przetoczyły się przez Iran na początku roku i zostały krwawo zdławione. Rozważania o tym, kto mógłby przejąć władzę po obaleniu reżimu znienawidzonego przez znaczną, choć nigdy niesprecyzowaną część Irańczyków, ucichły. Choć, jak mówi „Rzeczpospolitej” przebywający na emigracji w Niemczech Habib Huseinifard, irański dziennikarz i analityk ds. międzynarodowych, styczniowe represje i zabijanie demonstrantów były wymieniane przez USA i Izrael jako uzasadnienie wojny. Podobnie jak „konieczność pomocy narodowi irańskiemu”.

Habib Huseinifard zakładał (rozmowa odbyła się jeszcze przed ogłoszeniem przez Trumpa wstrzymania walk na dwa tygodnie), że jeżeli dojdzie do znaczących zmian w przebiegu wojny (do czego właśnie w nocy z wtorku na środę doszło), to „kwestia upadku systemu straci na znaczeniu, przynajmniej na jakiś czas”. 

Jest to system ukształtowany po rewolucji islamskiej z 1979 r., nieznany w innych krajach, ze szczególną rolą duchowieństwa szyickiego, oddanych mu wojskowych i biznesu działającego w warunkach wieloletnich sankcji i izolacji.

Jak wielu Irańczyków chciałoby całkowicie zmienić system, nie było wiadomo przed wybuchem wojny – styczniowe protesty ujawniły przede wszystkim, że w Iranie panują trudne do zniesienia warunki ekonomiczno-socjalne. Tym bardziej nie wiadomo tego od 28 lutego, kiedy kraj na dobre został informacyjnie odcięty od świata. Wśród ekspertów dominuje jednak opinia, że nie ma opozycji, która miałaby na tyle duże poparcie, by mogła zmienić system, zwłaszcza na demokratyczny.

Wymiana ognia między USA, Izraelem a Iranem - stan na 6 kwietnia

Wymiana ognia między USA, Izraelem a Iranem - stan na 6 kwietnia

Foto: PAP

Na dodatek ataki USA i Izraela na cele cywilne i niszczenie infrastruktury raczej zwiększyły poparcie Irańczyków dla reżimu. Przynajmniej w tym sensie, że w siłach zbrojnych podległych reżimowi widzą obrońców przed wojną wytoczoną przez kraje głoszące oficjalnie wolność i demokrację. Deklaracje antywojenne, nawet wygłaszane przez zdeklarowanych przeciwników władzy ajatollahów, w jakimś stopniu im służą. Na początku tygodnia deklarację taką wygłosił najbardziej znany irański reżyser, zdobywca dwóch Oscarów, od kilku lat mieszkający za granicą Asghar Farhadi. Wezwał filmowców i artystów z całego świata, by naciskali na powstrzymanie „destrukcyjnej agresji”. Podkreślił, że ataki na infrastrukturę cywilną to zbrodnie wojenne i niezależnie od poglądów trzeba się zjednoczyć, by zakończyć ten „nieludzki, nielegalny i niszczący proces”.

– To nie jest nasza wojna – podkreślała kilka dni temu w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Mina Khani, pisarka i feministka irańska, żyjąca na uchodźstwie, wyjaśniając, że są w nią zaangażowane rządy USA i Izraela oraz irański reżim, a nie naród irański czy opozycja. Dodawała, że „żaden porządny człowiek” nie godzi się na atakowanie cywilów i niszczenie infrastruktury cywilnej.

Czytaj więcej

Jędrzej Bielecki: Trwające wojny mogą być zmierzchem potęgi USA i Rosji. Powtarza się 1956 rok

Podziały w opozycji irańskiej. Koniec wojny nie służy demokracji?

Według Habiba Huseinifarda, spośród trzech głównych grup opozycji irańskiej tylko jedna, dla której symbolem jest syn obalonego przez rewolucję islamską szacha Rezy Pahlawiego, popiera militarną interwencję USA i Izraela. Widziała w niej jedyną szansę na obalenie reżimu ajatollahów, miała nadzieję, że to się stanie w ciągu kilku dni. – Wraz z wydłużaniem się wojny i ostrymi atakami na infrastrukturę kraju, wśród części jej dotychczasowych zwolenników pojawiły się zasadnicze wątpliwości. Wciąż jednak popierali wojnę, posługując się argumentem, że jej koniec oznaczałby jeszcze bardziej represyjny reżim. Ten argument ze względu na rosnące zniszczenia i zwiększającą się liczbę ofiar był coraz mniej przekonujący – stwierdził emigracyjny dziennikarz i analityk.

Druga grupa jest przeciwna zagranicznej interwencji militarnej, przede wszystkim „ze względu na jej niszczące konsekwencje”. To głównie siły lewicowe i, jak je określił Huseinifard, republikańskie. – Część z nich obwinia za wojnę zagranicznych agresorów, bagatelizując rolę Republiki Islamskiej i jej negatywną i szkodliwą politykę ostatnich 47 lat, szczególnie wobec USA i Izraela. Inni jednak mówią o odpowiedzialności reżimu, jego przyczynieniu się do wojny poprzez wywoływanie awantury w regionie – dodaje, mając na myśli wsparcie Teheranu dla takich organizacji, jak libański Hezbollah czy jemeńscy Huti. Lewicowi i republikańscy opozycjoniści uważają, że wojna i związane z nią dalsze pogarszanie się sytuacji gospodarczej osłabia społeczeństwo obywatelskie. – To spycha na dalszy plan kwestie demokracji i wolności – podkreśla Huseinifard. 

Czytaj więcej

Radosław Sikorski dla „Rzeczpospolitej”: Pomyślałem, że to ryzykowne, gdy bomby spadły na Teheran

Trzecia grupa to coś w rodzaju opozycji wewnętrznej systemu, reformatorów usytuowanych na jego obrzeżu. Oni jawnie wychwalają opór reżimowych sił mundurowych, ale domagają się złagodzenia polityki. 

Wydaje się, że na razie reżim nie będzie musiał niczego łagodzić. Jeden z punktów jego planu na negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi w Islamabadzie przewiduje zniesienie wszystkich sankcji. I on jest stosunkowo łatwy do zaakceptowania przez Trumpa, który zapewne przedstawiłby to w swój ulubiony sposób jako szansę na zarobienie wielu miliardów dolarów przez amerykańskie firmy. A otwarcie irańskiej gospodarki daje szansę na zmianę poziomu życia części Irańczyków, którzy na początku roku wyszli na ulice protestować.