Czytaj więcej

Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 225

Od początku zarządzonej przez prezydenta Władimira Putina częściowej mobilizacji, z Rosji uciekły setki tysięcy mężczyzn, którzy nie chcą walczyć w Ukrainie. Zbiegli do państw sąsiadujących z Rosją, takich jak Gruzja, Kazachstan i Białoruś. Wielu z nich nie czekało na oficjalne powołanie do wojska, tylko wyjechało z kraju tak szybko, jak tylko było to możliwe. Dotychczasowe protesty przeciwko mobilizacji w wielu regionach Rosji zostały brutalnie stłumione przez policję.

DW rozmawiała z matką jednego z mężczyzn odmawiających powołania do służby wojskowej i udziału w walkach w Ukrainie. Irina Iwanowa z Moskwy (imię i nazwisko zmienione ze względów bezpieczeństwa) opowiedziała nam o mobilizacji i wyjaśniła, dlaczego w Rosji nie dochodzi do protestów ze strony matek i kobiet.

Czy może nam pani powiedzieć, gdzie w tej chwili przebywa pani syn?

Irina Iwanowa: Mój syn jest w Kazachstanie i jest zajęty urządzeniem tam sobie życia na pewien czas. Być może wystąpi o wizę w konsulacie któregoś z innych państw.

Czy opuścił Rosję ze względu na powołanie go do wojska?

Nie. Nie czekaliśmy tak długo, ponieważ mógłby należeć do pierwszych, którzy zostaną powołani. Ma niespełna 30 lat, studiuje i służył w armii. Na początku mówiono, że studenci nie będą objęci mobilizacją, ale funkcjonariusze z urzędów mobilizacyjnych i z policji coraz częściej pojawiali się na uniwersytecie. Zdecydowaliśmy więc, że powinien jak najszybciej wyjechać.

Czytaj więcej

Haidai: Kolaboranci uciekają. Wiedzą, że nasza armia się zbliża

Mój syn kupił bilet i wyjechał do miasta położonego na granicy Rosji z Kazachstanem. Wiedzieliśmy, że tam jeszcze będzie mógł legalnie przekroczyć granicę. Pomogła mu w tym jedna z moich przyjaciółek, która czekała aż przejdzie przez wszystkie posterunki kontrolne i wsiądzie do samochodu po drugiej stronie granicy.

Setki tysięcy Rosjan szukają schronienia w sąsiednich krajach. Dlaczego ta częściowa mobilizacja była takim szokiem? Przed jej ogłoszeniem, przez siedem miesięcy, ludzie żyli tak, jak gdyby nie było żadnej wojny w Ukrainie.

To nieprawda. Każdy wie, że w Ukrainie toczy się wojna. Ale każdy żyje swoim życiem. Na wojnę w Ukrainie poszli ci, którzy zdecydowali się na to z różnych powodów; ideologicznych, finansowych lub jakichś wewnętrznych przekonań. Teraz władze nagle zarządziły tę mobilizację, z którą wielu ludzi się nie zgadza i żeby w niej nie uczestniczyć, uciekają.

A co pani myśli o zamknięciu granic przed obywatelami Rosji przez część państw europejskich?

Z jednej strony ich obawy są zrozumiałe. Z drugiej jednak jestem rozczarowana tym, że wjazdu odmówiono wszystkim Rosjanom, a nie tylko tym, którzy są winni tej sytuacji. Odmówiono im głównie ze względu na obawy i polityczne bojkotowanie Rosji. W rezultacie cała Rosja jest agresorem i wszyscy Rosjanie uchodzą za agresorów. Ale każdego człowieka trzeba oceniać oddzielnie – mnie, mojego syna, moich przyjaciół i synów moich przyjaciół. Nie są żadnymi agresorami ani najeźdźcami. Protestują przeciwko tej wojnie na wszelkie możliwe sposoby. To prawdziwe fatum dla tych wszystkich, którzy nie zgadzają się z polityką Rosji.

Wielu ludzi za granicą sądzi, że Rosjanie nie powinni odwracać oczu od tych problemów, tylko przeciwko nim walczyć.

Nie widzę żadnej możliwości, żeby ludzie mogli sami położyć kres temu, co się tutaj stało. W jaki sposób mielibyśmy sobie z tym poradzić? Mężczyźni uciekają, bo nie chcą sobie plamić rąk krwią. Na miejscu pozostają kobiety, takie jak ja. Co możemy zrobić? Być może ktoś nas skłoni jeszcze do buntu i kobiety wezmą w nim udział. Historia zna wiele podobnych przykładów.

Prawie wszyscy mężczyźni, którzy uciekli, są czyimiś mężami i synami. Większe protesty kobiet zdarzyły się do tej pory tylko w Dagestanie i Jakucji. Dlaczego nie w takich dużych miastach jak Moskwa?

Moi przyjaciele, koledzy i ja stale o tym rozmawiamy. Chociaż mamy różne poglądy na ten temat, w jednym punkcie jesteśmy zgodni: jesteśmy odpowiedzialni za nasze dzieci. Chodziłam na wszystkie protesty, demonstracje i milczące manifestacje. Zawsze uważałam, żeby nie dostać się pod policyjne pałki, bo mam jeszcze dwoje innych, niepełnoletnich dzieci.

Takich ludzi jak ja są w Rosji miliony. Gdyby z jakiegoś powodu nas zabrakło, życie naszych rodzin i naszych dzieci uległoby zniszczeniu. W małych republikach, takich jak Dagestan czy Jakucja, rodziny i klany mają duże znaczenie. Moskwianie, tacy jak ja, nie mają nikogo, kto by się za nimi wstawił. Nie chcemy tak żyć, jak musimy żyć w tej chwili, ale nie możemy niczego zmienić. To jest nasza największa tragedia i największe nieszczęście.

Jakie reakcje na mobilizację zaobserwowała pani w kręgu swoich przyjaciół i w całym kraju?

W kręgu moich przyjaciół wszyscy są oburzeni i potępiają tę wojnę. Nienawidzę władzy, która wszystko sobie podporządkowała w mojej ojczyźnie. Mówię to już od 20 lat. Z drugiej strony wiem, że na prowincji, gdzie informacje docierają tylko w zniekształconej formie za pośrednictwem państwowych mediów, panują zupełnie inne poglądy. Tamtejsi ludzie są gotowi wspierać to wszystko. My czujemy, że jesteśmy w mniejszości.

Jak widzi pani przyszłość swojego kraju i swoją własną?

W ogóle nie widzę żadnej przyszłości dla obecnej Rosji. Nie mamy żadnej osobistości, za którą moglibyśmy podążać. Wszyscy tacy ludzie zostali już usunięci. Nikt nie próbuje zająć ich miejsca. Nie mamy żadnych możliwości wywierania wpływu na cokolwiek. Pozostaje nam tylko wewnętrzny sprzeciw i odrzucanie wszystkiego, co się wokół nas dzieje. Możemy jedynie starać się uratować choćby tylko część naszej rodziny i część samych siebie.