Chłopcy, zamiast zostać inżynierami, nauczycielami, poszli do wojska, gdzie wybito im z głowy pomysły o knuciu i skutecznie zwichnięto kariery.
Albo taka historia o braciach z krakowskiej AGH z małego miasteczka. Pod blok podjechała milicyjna nyska, na oczach wszystkich sąsiadów zapakowała matkę i powiozła na SB. Tam panowie z resortu poinformowali zestrachaną kobietę, że synowie nie będą pierwszymi w rodzinie, którzy nie skończą studiów, bo wdali się w politykę. Wstyd na całe miasto ("Bo milicja przyjeżdża tylko po kryminalistów") i podłe plotki o przestępczej działalności synów podłamały kobietę.
Traf chciał, że podszedł do niej wtedy miejscowy proboszcz: "Słyszałem o synach w Wolnej Europie. Wspaniałe chłopaki, może być pani z nich dumna".
Albo ta o inżynierze z zakładów Elpo w Warszawie, któremu za pokazywanie praktykantom ulotek w marcu 1968 roku odebrano przydział na mieszkanie. Tak, w końcu po czasie je dostał, ale przecież wtedy grunt mu się pod nogami osunął.
Dziś, w rocznicę tamtego Sierpnia, celowo nie piszę o tych, których zamordowano, pobito, trzymano latami – jak Ryszarda Kowalczyka – w celi z najgorszymi sadystami i wielokrotnymi mordercami. Zresztą ich historie też nikogo nie poruszają.
Kilka lat temu w Krakowie ktoś rzucił pomysł, by jedną z ulic nazwać imieniem Staszka Pyjasa. Pomysł oczywiście upadł. "A co on dla Polski zrobił? " – pytał zdumiony i oburzony jeden z radnych. Miał rację. Bo cóż Polsce dali tacy ludzie jak Przemyk czy Pyjas? Nic. Życie tylko.
Nic więc dziwnego, że komputer żony, na którym piszę te słowa, z uporem zmienia mi Pyjasa na Dyjasa. W końcu co za różnica. Obaj anonimowi, obu niczego nie zawdzięczamy, prawda?