Mnie w książce Graczyka zafrapowało co innego. Pierwszy raz w Polsce ktoś tak wyraźnie zakwestionował polityczny wymiar soboru. Autor „Ceny przetrwania" nie tylko zauważa, że osoby najbardziej zaangażowane w soborowe przemiany były (lub też mogły być) współpracownikami komunistycznych tajnych służb, ale też widzi, jakie mogły być ideowe motywy ich poparcia dla PRL. „Będąc entuzjastami soborowego otwarcia na świat, »znakowcy« włączali w to otwarcie także nowy stosunek do komunistów, zakładający jak gdyby ich dobrą wolę, doceniający »walkę o pokój«, »rozbrojenie«, »sprawiedliwość społeczną« czy »antykolonializm«". Graczyk stwierdza, że niektórzy szli tak daleko, że nad kapitalizm przedkładali socjalistyczny katolicyzm, nawiązując do myśli Emmanuela Mouniera. Inaczej niż choćby Kisiel, który w komunizmie dostrzegał dopust boży, geopolityczną konieczność, inni autorzy „Znaku", „Więzi" i „Tygodnika" zdawali się sądzić, że realny socjalizm może być właściwą odpowiedzią na bolączki cywilizacji Zachodu.

 

Obawiam się, że ta postawa to było coś więcej niż przelotna fascynacja jednym z francuskich myślicieli. Akceptacja komunistycznej frazeologii wynikała bowiem z ogólnego zwrotu, jaki dokonał się w Kościele katolickim po śmierci Piusa XII. Wtedy to, by zapewnić udział prawosławnych obserwatorów w obradach Vaticanum Secundum, Jan XXIII obiecał, można sądzić, że sobór nie potępi komunizmu. Tak też się stało i jeden z dwóch największych przejawów zła XX wieku obok nazizmu w ogóle nie zostaje przez zgromadzonych w Rzymie ojców napiętnowany. Mało tego, wszelkie próby potępienia ateistycznego marksizmu zostały, ostatecznie zapewne przez Pawła VI, storpedowane.

 

Więcej. Jak zauważa Romano Amerio, jeden z wybitnych historyków i myślicieli katolickich, w swej encyklice „Pacem in terris", Jan XXIII zasugerował, że porozumienie z komunistami jest możliwe. Przeciwstawił on bowiem godne potępienia doktryny i wyrosłe z nich ruchy społeczne. Tym samym wcześniejsze kościelne i papieskie potępienie doktryny komunizmu traciło znaczenie: marksizm okazywał się zły, ale ruch komunistyczny mógł być moralnie usprawiedliwiony i można się było z jego przedstawicielami układać. Czy tym samym sobór i soborowi papieże nie otwierali przed komunistami drzwi? Lata 60. i 70. to okres wzmożonego katolicko-marksistowskiego dialogu, którego wspólnym celem miała być budowa nowej ludzkości i lepszej wspólnej przyszłości.

O tym Graczyk w książce nie wspomina. To temat, który wciąż czeka na odważnego autora.