Jego konferencja prasowa w Rostowie nad Donem opowiadała o świecie, którego już nie ma. Ale nadal istnieje on w głowie polityka.

Majdan jest więc bandą faszystów, rozwydrzonej młodzieży i banderowców, którzy biegali po ulicach mordując i rabując ludzi oraz paląc domy. I cerkwie, rzecz jasna. Berkut pełen młodych, dzielnych ludzi bronił narodu, ale cierpiał obrzucany butelkami z benzyną i ostrzeliwany z broni maszynowej. Broń dostali w ostatniej chwili, gdy zostali zaatakowani, ale nikt w rządzie nie wydał im rozkazu strzelania.

Faszyści przejęli władzę w Radzie Najwyższej, której członkowie z lufami karabinów przytkniętymi do głowy podpisywali sprzeczne z prawem decyzje. Temu wszystkiemu przyglądał się Zachód, który zdradził Janukowycza i naród.

Dom w stylu neobaroku oligarchicznego nie był jego. Należał do państwa, które w podziękowaniu dla wybitnego polityka przekazało mu ów dom w wieczne użytkowanie. Aha, w Rostowie Janukowycz jest, bo odwiedza przyjaciela. A z Ukrainy nie uciekł, lecz wyjechał, ale ani przez chwilę się nie bał.

Konferencja w Rostowie potwierdza opinie, jakie od dawna krążą o Janukowyczu wśród europejskich polityków. To człowiek słaby psychicznie i intelektualnie, który jako prezydent miał problem z podejmowaniem decyzji. To oczywiście nie był duży problem, bo widać, jak mało zależało od jego zdecydowania. To nie on podejmował kluczowe decyzje, on je jedynie firmował własnym nazwiskiem. Był jak ten złoty bochenek chleba, który majdanowcy znaleźli na biurku u niego w domu - dużo kosztował, nie wiadomo jednak czemu służył, a zastąpić go można bardzo łatwo.

Najbardziej przejmującym momentem konferencji był moment, gdy Janukowycz powiedział, że nie spotkał się z Putinem, bo ten nie miał czasu, ale obiecał, że jak tylko ten czas znajdzie, to się z nim spotka. Trudno o bardziej żałosne podsumowanie prezydentury Wiktora Janukowycza.