Szczerze mówiąc, związkowcy jeżeli już muszą, powinni wymyślić coś bardziej wyrafinowanego. Przede wszystkim dlatego, że znów wchodzą w sferę polityki czystej, co stanowi ciężką przypadłość naszych działaczy.
I przekonywanie ze strony „Solidarności", że chodzi tu o obronę praw pracowniczych, jest obrażaniem inteligencji wyborców. W szczególności tych bardziej wyrobionych, wahających się, lubiących ważyć różne racje.
Oczywiście od razu rodzi się pytanie o skuteczność takiej kampanii. Wygląda bowiem na to, że „Solidarność" powtórzy kardynalny i częsty błąd partii Jarosława Kaczyńskiego, kierując swój przekaz do już przekonanych.
Ale to sprawa drugorzędna, z pewnością chodzi o coś innego. Aktywizacja związkowców musi mieć drugie dno.
Warto więc zadać pytanie, dlaczego tak ciężkie działa „Solidarność" wytacza przed nieco egzotycznym dla ruchu związkowego wydarzeniem, jakim są wybory do Parlamentu Europejskiego. Odpowiedź znajdujemy ?nie tylko w dużej polityce, ?ale i także w tej małej, związkowej.
Otóż „Solidarność" czekają wkrótce wybory wewnętrzne, w regionach i na poziomie ogólnopolskim, w tym przewodniczącego. Działacze stosują więc taktykę znaną od lat: przed wyborami trzeba się pokazać! Jak to jesteśmy aktywni, jak zdeterminowani, jak bronimy wspólnego interesu, jak to nie wahamy się użyć wszelkich dostępnych środków...
Trzeba narobić jak najwięcej krzyku, żeby zapewnić sobie kolejną kadencję. I przy okazji załatwić kilka innych spraw, na przykład wyciszyć pytania o realną skuteczność związków, o koszty ich funkcjonowania, przywileje działaczy czy o zasadność rozwiązań prawnych dotyczących związków zawodowych w Polsce. Okazuje się, że nawet wybory do europarlamentu mogą być do tego świetną okazją.