Reklama

Piotr Jendroszczyk o wygranej partii Benjamina Netanjahu w wyborach w Izraelu

Wbrew przedwyborczym sondażom premier Benjamin Netanjahu, nazywany w Izraelu Bibi, nie poległ sromotnie w wyborach parlamentarnych. Ma szanse na utworzenie rządu, czwartego w swej politycznej karierze. Do tej pory dłużej od niego rządził jedynie Dawid Ben Gurion, twórca państwa żydowskiego.

Aktualizacja: 18.03.2015 07:23 Publikacja: 17.03.2015 21:47

Premier Izraela Benjamin Netanjahu

Premier Izraela Benjamin Netanjahu

Foto: AFP

Arytmetyka jest prosta. Nie kto inny, lecz Bejnamin Netanjahu ma nadal wszystkie karty w ręku. Jak wynika z exit pools, jego Likud może dysponować 27-28 miejscami w 120-osobowym Knesecie i wspólnie z kilkoma innymi prawicowymi partiami ma szansę utworzyć koalicję dysponującą wymaganą większością.

Co innego Blok Syjonistyczny Icchaka Herzoga i Cipi Liwni, do niedawna minister sprawiedliwości w rządzie Netanjahu. Zjednoczona centrolewica może liczyć, według obecnych danych, na 27 miejsc w Knesecie. Ma więc małe szanse na skompletowanie rządu cieszącego się poparciem większości parlamentarnej z tej prostej przyczyny, że trudno jej będzie znaleźć koalicjantów. Ale nie takie rzeczy się już w Izraelu działy. Nie mówiąc już o możliwości powstania rządu jedności narodowej, a więc dwóch głównych przeciwników w obecnych wyborach, do czego nawoływał jeszcze kilka dni temu prezydent Ruewen Riwlin. Jaki będzie rząd, dowiemy się najpóźniej po 42 dniach, kiedy to powinny zostać zakończone wszelkie negocjacje koalicyjne.

Mało prawdopodobne, aby uczestniczyli w nich izraelscy Arabowie, którzy występowali w tych wyborach zjednoczeni. Zjednoczona Lista Arabska zdobyła zapewne 13 mandatów, stając się trzecią siłą polityczną Izraela, po raz pierwszy w historii. Jednak bez możliwości udziału w koalicji rządowej. Na to jest nadal w państwie żydowskim za wcześnie. Arabowie oraz komuniści z partii Hadasz mogą jednak wspierać Blok Syjonistyczny w parlamencie. Nie rokuje to jednak sukcesu Icchaka Herzoga w dziele tworzenia rządu, gdyby z jakiś powodów otrzymał taką misję od prezydenta.

Wynik wyborów świadczy jednak o tym, że Bibi - czyli Benjamin Netanjahu - nie poległ w wyborach, jak przewidywano. Przy tym ostatnie dni kampanii były w gruncie rzeczy zmasowanym na niego atakiem. - Rak Lo Bibi (Tylko nie Bibi) - takie hasło obozu jego przeciwników obliczone było na pogrążenie premiera.

Ale nie poległ nie tylko w sprawach polityki wewnętrznej jak wysokie koszty życia czy klęska programów budownictwa mieszkaniowego. Wydaje się, że porażki nie poniósł także na polu, które było jego zastrzeżonym terytorium, także jego partii Likud.

Chodzi o sprawy bezpieczeństwa. Netanjahu uznał, że nie konflikt z Palestyńczykami jest w obecnej chwili najważniejszy, lecz program atomowy Iranu, zwłaszcza, że USA, wspólnie z pozostałymi stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz Niemcami, są o krok od zawarcia porozumienia z tym krajem. - To egzystencjalne zagrożenie dla Izraela - tłumaczył w Kongresie USA. Wystąpił tam zaproszony przez republikanów, mimo oporów Białego Domu.

Otwarty konflikt z Waszyngtonem starali się wykorzystać jego polityczni przeciwnicy, grając na nastrojach społeczeństwa, dla którego sojusz z USA jest podstawą bezpieczeństwa państwa żydowskiego. Sporym echem w Izraelu odbiła się druzgocąca krytyka premiera w wykonaniu Meira Dagana, byłego szefa Mossadu, który głosił, że największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Izraela jest właśnie Netanjahu.

Reklama
Reklama

Chodzi o nieprzejednaną politykę Netanjahu w sprawie utworzenia państwa palestyńskiego na bazie istniejącej Autonomii Palestyńskiej. - Nie będzie żadnego państwa palestyńskiego - ogłosił w przeddzień wyborów, licząc, że ten rzut na taśmę przechyli szalę zwycięstwa na jego stronę.

Tak się stało. Wyborcy w Izraelu mogą mieć dość Netanjahu po dziewięciu latach rządów, mogą być przekonani, że się zużył, ale gdy chodzi o sprawy bezpieczeństwa, uwierzyli właśnie jemu, a nie centrolewicy, która jest nieco bardziej otwarta na plany porozumienia z Palestyńczykami.

Nadzieją izraelskiej leciwy jest Icchak Herzog i jego Partia Pracy. Zawarł sojusz z Cipi Liwni i jej partią Hatnua i tak powstał Blok Syjonistyczny. Herzog, to znane w Izraelu nazwisko, nie tylko dlatego , że jest popularne. Jego dziadek był pierwszym naczelnym rabinem Izraela. Ojciec był prezydentem, wujek szefem dyplomacji, a brat jest generałem. Sam Herzog był wielokrotnie ministrem, także w rządzie Netanjahu.

Nie miał jednak żadnej wiarygodnej recepty na poprawę sytuacji gospodarczej obywateli. W sprawach polityki zagranicznej, rozmów z Palestyńczykami i rozpoczętej przed ponad rokiem amerykańskiej inicjatywy pokojowej nie miał żadnych konkretów do zakomunikowania. Z wyjątkiem tego, że będzie rozważał wszelkie możliwości.

To postęp w porównaniu z Netanjahu, który mówi wprost, że żadnych opcji, porozumień, kompromisów nie widzi. Mało go obchodzi, że coraz więcej państw uznaje oficjalnie Państwo Palestyńskie, który to proces zapoczątkowała w Europie Szwecja.

Jedno jest pewne, o czym pisał „Wall Street Journal", że zwycięstwo Netanjahu oznacza dla relacji amerykańsko - izraelskich przedłużenie stanu obecnego ochłodzenia. Nie wiadomo, w jaki sposób Biały Dom może w obecnej sytuacji forsować swą koncepcję pokoju pomiędzy Izraelem a Autonomią Palestyńską.

Komentarze
Bogusław Chrabota: Dzieci i polowania. Przed PSL diabelska alternatywa
Komentarze
Bogusław Chrabota: Viktor Orbán wprost grozi Europie Środkowej wojną
Komentarze
Jacek Cieślak: Marta Cienkowska, pierwsza ministra wulgarnej pseudokultury?
Komentarze
Artur Bartkiewicz: PiS mówi, że stać nas na miliard dolarów. A nie stać nas, by go nie wydać?
Komentarze
Michał Szułdrzyński: Tydzień z Donaldem Trumpem. Po Davos strach się bać!
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama