Po pierwsze, amerykański prezydent po raz kolejny potwierdził, że arbitralnie kończy epokę iluzji pokojowej równowagi, gdzie za stabilność w geopolityce odpowiada balans sił mocarstw, polityczne bloki czy Organizacja Narodów Zjednoczonych z jej siłami rozjemczymi. Tej rzeczywistości już nie ma! – udowodnił Trump. Weszliśmy w epokę power politics, w której rządzi siła i jej faktyczni dysponenci.
Piszę „po raz kolejny”, bo atak na Caracas nie był pierwszą demonstracją arbitralnego użycia siły przez Waszyngton. Pierwszym akcentem amerykańskiej power politics był czerwcowy atak bombowców na instalacje nuklearne Iranu; równie precyzyjny i równie skuteczny; władza ajatollahów została skompromitowana i znacznie osłabiona. W ramach power politics Amerykanie mogą więc zaatakować kogo chcą, gdzie chcą i kiedy chcą.
Czytaj więcej
W nocy z piątku na sobotę, około godziny 2:00 czasu lokalnego, mieszkańcy Caracas usłyszeli serię...
Amerykańska power politics
W tym świetle deklaracja amerykańskiego prezydenta o budowie 25 nowoczesnych pancerników „klasy Trump” staje się bardziej zrozumiała; statki te, o ile powstanie przynajmniej część z nich, będą pływającymi bazami do podobnych ataków w dowolnym miejscu globu. Amerykańska power politics uzyska w ten sposób instrument, jakim przez dłuższy czas nie będzie dysponować żadna konkurencja. To pierwszy z wymiarów „komunikatu z Wenezueli”.
Drugi ma wymiar bardziej lokalny; to potwierdzenie, że Waszyngton na dobre wrócił do doktryny Monroe, i to w wersji turbo. Obie Ameryki to nasza strefa wpływów – mówi Trump. – Kto będzie szkodził interesom Waszyngtonu w jego strefie wpływów, zostanie wyeliminowany. Mamy do tego technologię i jesteśmy dostatecznie zdeterminowani. A pretekst, taki, czy inny zawsze się znajdzie.