Niezależnie od losu tego konkretnego francuskiego rządu i tego konkretnego premiera Michela Barniera jasne jest, że Francja znalazła się w głębokim kryzysie politycznym: bez wyraźnej większości dla któregokolwiek z ugrupowań w Zgromadzeniu Narodowym, z rosnącymi w siłę partiami skrajnej prawicy i lewicy, z rekordowo niepopularnym prezydentem.
Za to z wielkim długiem publicznym, który coraz bardziej niepokoi rynki i zagraża stabilności strefy euro.
Francja nie jest już w stanie nadawać kierunku Unii Europejskiej, blokuje umowę z Mercosur
Wszystko to sprawia, że Paryż nie jest w stanie zajmować się tym, w czym Francja zawsze była dobra: nadawaniem kierunku UE. Nie jest tak, że Emmanuel Macron nagle stracił zainteresowanie Unią. Jednak w coraz większym stopniu staje się on zakładnikiem wewnętrznej debaty, czego świetnym przykładem jest umowa handlowa z Mercosur (kilkoma krajami Ameryki Południowej). Macron nie może sobie pozwolić na poparcie dla tego kluczowego, z punktu widzenia geopolitycznej pozycji UE, porozumienia, bo narazi się na masowe protesty rolników.
Na dłuższą metę trudno sobie wyobrazić utrzymanie sytuacji, w której w kluczowych sprawach Francja i Niemcy idą różnymi drogami
W tym samym czasie po drugiej stronie Renu rządzący też zajmują się głównie wewnętrznymi sprawami. Przy czym w Niemczech sam fakt przedterminowych wyborów w lutym nie jest aż tak bardzo niepokojący dla UE.
Olaf Scholz nigdy nie był specjalnie zainteresowany odgrywaniem roli trendsettera w UE, do tego kierowaną przez niego trójpartyjną koalicję już od dawna zajmowały wewnętrzne spory. Do tego stopnia, że partnerzy unijni często nie wiedzieli nawet, jakie jest niemieckie stanowisko w ważnych dla UE sprawach. Gdyby w wyniku wyborów miał powstać gabinet z mocniejszym mandatem i silniejszym kanclerzem, byłoby to nawet korzystne. W sytuacji gdy – podobnie jak we Francji – rosną w siłę partie skrajnej lewicy i skrajnej prawicy, nie jest to jednak wcale takie pewne.
Wygasa francusko-niemiecki silnik, powstaje oś nordycko-bałtycka
W rezultacie tych zawirowań francusko-niemiecki silnik, który przez lata napędzał Unię, wyraźnie jest nieobecny. Czy to źle dla Unii? Z jednej strony po wielkim rozszerzeniu w 2004 roku stopniowo zmienia się układ sił. Nie jest już UE tak wyraźnie podzielona jak w przeszłości na Północ i Południe, z tą pierwszą reprezentowaną przez Niemcy, a tym drugim reprezentowanym przez Francję.
W tamtym układzie porozumienie tych dwóch krajów oznaczało, że UE jest w miarę dogadana. Dziś już tak nie jest, bo w wyniku wojny w Ukrainie wyraźnie pojawił się inny ośrodek aspirujący do władzy, a mianowicie oś nordycko-bałtycka z udziałem Polski. Stary dualistyczny podział nie jest już więc aktualny, zatem samo wcześniejsze dogadywanie się Berlina i Paryża w kluczowych sprawach już nie wystarczy.
Z drugiej strony jednak brak porozumienia między dwoma największymi państwami UE, wyraźnie Unii szkodzi. Na dłuższą metę trudno sobie wyobrazić utrzymanie sytuacji, w której w kluczowych sprawach te dwa państwa idą różnymi drogami: w sprawie Chin (Francja poparła karne cła na elektryczne samochody, Niemcy były im przeciwne), światowego handlu (wspomniana umowa z Mercosur) czy finansowania obrony (wspólne obligacje lub ich brak). Bez ich porozumienia nie będzie unijnej strategii w tych sprawach.