Kiedyś sprawa była prosta. To „kiedyś” to nie tak bardzo
dawno temu, bo mniej więcej do zeszłego czwartku. Jak było? Ano tak, że jeśli
chciałem sprawdzić najnowszy komunikat jakiegoś urzędu czy polityka, szukałem jego
konta na Twitterze. Wystarczyło sprawdzić, czy przy nazwisku widnieje niebieski znaczek, dzięki
któremu Twitter – po zweryfikowaniu tego, kto je prowadzi – gwarantował, że
to konto danej osoby (mniej lub bardziej publicznej). Był to też najprostszy
sposób na stwierdzenie, czy krążące w sieci obrazki z czyimś wpisem są oryginalne, czy może ktoś coś zmanipulował albo podszył się pod znaną osobę, dodał jej
zdjęcie i próbował wkręcać ludzi.