Donald Tusk powierzył w piątek misję „pilnowania wyborów” Sławomirowi Nitrasowi, mówiąc wprost, że wybory parlamentarne w Polsce mogą nie być uczciwe. „Coraz częściej wysnuwane domysły, coraz częściej artykułowane publicznie obawy, że PiS jest gotowy także sfałszować wybory, one niestety są coraz bardziej uzasadnione” – ubolewał lider Koalicji Obywatelskiej.
Paradoksalnie, te same obawy głośno artykułuje także rządzące Polską od ośmiu lat PiS. W grudniu Marek Suski, uzasadniając na antenie Radia Plus zmiany w Kodeksie wyborczym, mówił o potrzebie „sprzyjania temu, by wybory były uczciwe i by wszyscy byli przekonani, że każdy głos został prawidłowo policzony”, przytaczając następnie historię o głosowaniu w jednej z komisji w wyborach prezydenckich w 2015 roku. W tej komisji, jak mówił Suski, „głosy oddane na Andrzeja Dudę lądowały na kupce głosów oddanych na Bronisława Komorowskiego”. „Widocznie ktoś, kto te głosy Andrzeja Dudy położył na kupkę Bronisława Komorowskiego, chciał zmienić wynik wyborów” – mówił. I łatwo się domyślić, że tym kimś nie był raczej Jarosław Kaczyński. Sam Kaczyński zresztą, podczas wrześniowego spotkania z mieszkańcami Siedlec, przekonywał, że to opozycja chce sfałszować wybory, bo przecież „wybory organizują samorządy” (w rzeczywistości organizuje je PKW). „A kto ma najwięcej samorządów? No, oni niestety, zwłaszcza w dużych miastach” – przekonywał prezes PiS i wzywał do tworzenia patroli wyborczych.
Czytaj więcej
Donald Tusk zaskoczył nieco opinię publiczną - a na pewno niektórych naszych rozmówców z innych partii opozycyjnych - delegując z ramienia Koalicji Obywatelskiej posła Sławomira Nitrasa do projektu Obywatelskiej Kontroli Wyborów.
Można byłoby zażartować, że skoro w Polsce wybory fałszują solidarnie rządzący i opozycja, to jest tak, jak mówił ś.p. Jan Nowicki, wcielając się w rolę Wielkiego Szu: „Graliśmy uczciwie, ja oszukiwałem, ty oszukiwałeś – wygrał lepszy”. Gdyby nie to, że sprawa jest poważna. I nie dlatego, że wybory rzeczywiście mogą być sfałszowane – w co zresztą zapewne nie wierzą ani jedni, ani drudzy. Ale dlatego, że sączenie słów o sfałszowanie wyborach może być zabójczo groźne dla demokracji. Gdy w Stanach Zjednoczonych, kraju o silnych demokratycznych instytucjach, urzędujący wciąż prezydent, Donald Trump, zaczął kwestionować uczciwość procesu wyborczego – jego zwolennicy zorganizowali szturm na Kapitol, próbując rozstrzygnąć wybory prezydenckie na ulicy. Gdy w Brazylii to samo robił Jair Bolsonaro – doszło do zamieszek w stolicy.